Sposób szukania sprawcy zagrożenia od początku budzi wątpliwości. Dlaczego służby fitosanitarne Hamburga zaalarmowały o zatruciach Komisję Europejską dopiero 26 maja po południu, skoro z raportu Instytutu Roberta Kocha wynika, że o ofiarach śmiertelnych wiadomo było już kilka dni wcześniej? Dlaczego oskarżenie padło tylko na hiszpańskich dostawców, skoro pierwotnie podejrzewano, że skażone ogórki pochodzą także od czterech innych – dwóch andaluzyjskich, duńskiego i holenderskiego? Dlaczego wreszcie najpierw wskazano nieszczęsne ogórki, a dopiero potem je dokładnie przebadano? Dla każdej firmy oskarżenie takie musi oznaczać bankructwo, ale wycofanie podejrzeń nie jest jednoznaczne z podniesieniem się z upadku.

Dla unijnych podatników proces wytoczony przez niesłusznie oskarżonego dostawcę oznaczać może spory wydatek. Teraz już odszkodowania żądają wszyscy unijni rolnicy, KE na razie gotowa jest wypłacić zaledwie 150 mln euro. Straty spowodowane bałaganem i nieskutecznością systemu wczesnego ostrzegania lawinowo rosną. Niemieccy, belgijscy czy czescy rolnicy, być może w nadziei, że zarobią na panice, zażądali zamknięcia granic przed hiszpańskimi warzywami. Czy możemy mieć teraz pretensje do Rosji, że zrobiła to samo, nakładając embargo na unijne warzywa, a przed dwoma dniami także na owoce? Straty naszych rolników tylko z tego powodu mogą sięgnąć 1 mld euro. Sami sobie jesteśmy winni. Pierwsze mury stanęły wewnątrz Wspólnoty.

W dodatku ludzie działający w ramach systemu wczesnego ostrzegania nie uczą się na błędach i popełniają następne. Identyczne. Mimo że wiadomo już było, jak katastrofalne skutki finansowe przyniosło fałszywe oskarżenie andaluzyjskich dostawców, przed kilkoma dniami wskazano kolejnych podejrzanych – kiełki fasoli. Z ekologicznej farmy pod Hamburgiem. Na drugi dzień, po przebadaniu próbek, okazało się, że i to oskarżenie jest nieprawdziwe. Tylko że klienci, którzy w popłochu zrezygnowali z towaru, już raczej nie wrócą do tej firmy. Mamy kolejną ofiarę nieskutecznego systemu. Zapewne nie ostatnią. Teraz wraca się do tropu zwierzęcego.

Po ponad dwóch tygodniach od wybuchu paniki, a po prawie miesiącu od ujawnienia masowego zatrucia nadal nie wiemy, gdzie zagnieździł się mutant bakterii E.coli. Nie można więc wykluczyć następnych zachorowań, a nawet śmierci. Nie sposób przewidzieć, ilu jeszcze dostawców padnie ofiarą fałszywych oskarżeń, które zakończą się dla nich bankructwem. Nie można zakończyć liczenia strat rolników, rachunek dopiero został otwarty.

Przed kilkoma tygodniami mieliśmy problem z masowym zatruciem mutantem bakterii E.coli. W konsekwencji boimy się wszystkich warzyw, zarówno tych przemysłowych, jak i ekologicznych. Im więcej czasu mija, tym mniej prawdopodobne jest, że dowiemy się, jaka była rzeczywista przyczyna śmierci tylu osób. Dopóki jej jednak nie poznamy, będziemy się bać wszystkiego. Teraz doszedł kolejny problem, chyba jeszcze większy – RASFF, uznawany na świecie za system najbardziej restrykcyjny, nie chroni nas przed zagrożeniem ani przed jego skutkami. Natomiast bałagan powoduje, że ofiar jest o wiele więcej, niż mogłoby być. I to jest problem jeszcze większy niż sam mutant bakterii.