Ówcześni amatorzy szwajcarskiej waluty pożyczyli około 68 mld zł, teraz, po przeliczeniu długu po kursie 3,26 zł, mają do oddania około 100 mld zł.

Grupę winną więcej niż pożyczyła można szacować łącznie na około 300 tys. osób. Gdyby dziś chcieli sprzedać swoje nieruchomości i spłacić kredyt, musieliby oddać od około 10 do niemal 60 proc. więcej niż kilka lat temu wypłacił im bank. Niełatwo w takiej sytuacji sprzedać mieszkanie, wychodząc z transakcji bez straty.

– Największy udział w napompowaniu frankowego zadłużenia mają osoby, które brały kredyty w II i III kwartale 2008 roku. Wtedy frank przeżywał apogeum popularności. Na każde pożyczone na nieruchomości 100 zł ponad 70 zł pochodziło z kredytu właśnie w tej walucie. Na nieszczęście dość licznej grupy kredytobiorców (około 100 tys. osób) zbiegło się to czasie z rekordowo niskimi notowaniami franka szwajcarskiego. Jak wynika z danych NBP, średni kurs franka w II kwartale 2008 roku wynosił 2,12 zł, a w III jeszcze mniej, bo 2,05 zł. I to po tych kursach Polacy pożyczyli we franku 25,25 mld zł. Dziś po przeliczeniu tych kredytów po cenie franka – 3,26 zł – do spłacenia w złotych jest o ponad połowę więcej. To dodatkowe 14 mld zł – podkreśla Halina Kochalska, ekspert z Open Finance

W niewiele lepszej sytuacji są osoby, które skusiły się na pożyczkę we frankach w 2007 roku.

– Ich kredyty spuchły z 22,7 mld zł do około 32 mld zł. A byłoby więcej, gdyby nie fakt, że frank kosztował wówczas przez większą część roku 2,30 zł, a był i kwartał ze średnią 2,40 zł – dodaje Halina Kochalska.

W o wiele lepszej sytuacji są osoby pożyczające we frankach w roku 2009. Jak wynika z szacunków Open Finance, frankowe zadłużenie z tego okresu powiększyło się w efekcie skoku kursu o niecały miliard złotych.

– W 2009 roku kurs franka poszedł już w górę i oscylował średnio w granicach 2,76 – 3,00 zł, a banki zablokowały sprzedaż kredytów w tej walucie (udzieliły kredytów za niecałe 7 mld zł) – tłumaczy Halina Kochalska i dodaje, że spłacającym kredyty we frankach, szczególnie te zaciągnięte w latach 2007 i 2008, trudno też pocieszać się wzrostem wartości zdobytej w ten sposób nieruchomości, bo właśnie na ten okres przypadł rekordowy wzrost cen mieszkań, domów i działek, i zdecydowana większość z nich jest dziś wyceniana niżej.