– Wątpię, aby dzisiaj Usmanow podtrzymywał relacje z półświatkiem. Teraz mafia nie jest już tak silna. Dla prowadzenia biznesu nie trzeba się im opłacać – mówi Pribyłowski. W ciemnych latach 90. Usmanow nie wahał się też inwestować w podejrzane interesy. Choćby w fabrykę torebek plastikowych w podmoskiewskim Ramienskoje, która – jak pisała prasa – pracowała na kradzionym półprodukcie. Tym razem od odpowiedzialności miał go uchronić przyjaciel Jewgienij Ananjew, szef Roswoorużenija (jednego z czołowych zakładów zbrojeniowych), człowiek ówczesnego premiera Wiktora Czernomyrdina.

Ananjew przeszedł potem do Gazpromu. Usmanowa pociągnął za sobą. Gazprom w ten czy inny sposób przewija się przez biografie wielu rosyjskich polityków i oligarchów, znanych z pierwszych stron gazet. Do dziś w długim spisie pełnionych przez Usmanowa funkcji znajduje się dyrektor generalny jednej z licznych spółek córek rosyjskiego monopolisty, Gazprominwiestholdingu. To gazpromowska firma do zadań specjalnych. Przykład? W 2007 r. brytyjska prasa pisała o 44 mln dol. łapówki, którą trzy lata wcześniej Gazprominwiestholding miał przelać na konto córki dyktatora Uzbekistanu Gulnory Karimowej. W zamian Taszkient miał podpisać z Gazpromem lukratywny dla Rosjan kontrakt oraz usunąć Amerykanów z miejscowej bazy wojskowej.

Czas na start-upy

– Usmanow wyśmienicie przetrwał kryzysowy moment, gdy ekipa Putina zaczęła robić czystki w Gazpromie. Jako jedyny z ludzi dawnego szefa firmy, związanego z Czernomyrdinem Rema Wiachiriewa, przetrwał wielkie sprzątanie. Od tamtej pory uchodzi za człowieka Dmitrija Miedwiediewa, który wówczas był przewodniczącym rady nadzorczej Gazpromu – mówi Pribyłowski. O ile jednak gazowy monopolista dał mu wpływy i pozwolił trzymać rękę na pulsie trendów w rosyjskiej wierchuszce, o tyle pieniędzy dorobił się jako król metalurgii, właściciel holdingu Mietałłoinwiest.

Usmanow nigdy jednak nie ograniczał się do jednego typu biznesu. Zaczął jako organizator polowań dla bogatych cudzoziemców w górach Uzbekistanu. Po przeprowadzce do Rosji produkował plastikowe torebki, sprzedawał tytoń, prowadził bank. Naprawdę głośno zaczęło o nim być, gdy w 2006 r. kupił – jako prywatna osoba, a nie przez którąś ze swoich firm – pakiet kontrolny wydawnictwa „Kommiersant”. Eksperci byli wówczas zgodni, że transakcja oznacza koniec krytycznego wobec władz tytułu, a deal odbywa się za zgodą Kremla. Mimo pesymistycznych oczekiwań Usmanow nie stępił „Kommiersantowi” pazurów, zaś gazeta na tle innych rosyjskich tytułów jest jedną z oaz przyzwoitego dziennikarstwa.

Według Pribyłowskiego coraz częstsze inwestycje za granicą oraz przeprowadzony w 2010 r. podział DST na firmę dysponującą rosyjskimi i zagranicznymi aktywami to nie tylko realizacja zamierzeń Kremla, lecz także próba zabezpieczenia się na wypadek utraty łaski władz. – Własność prywatna w Rosji jest pojęciem umownym, związanym z tym, jakie masz relacje z rządem. Jak tylko popadniesz w tarapaty, nie masz żadnej własności. Dlatego wszyscy poważni biznesmeni wolą się zabezpieczyć poprzez inwestowanie za granicą – mówi w rozmowie z „DGP” Pribyłowski.

Ale nie tylko polityka i wewnętrzne rozgrywki mają znaczenie w ostatnich inwestycjach firm ze Wschodu. Coraz śmielsze kupowanie udziałów w zagranicznych firmach hi-tech to znak, że w Rosji dochodzi do głosu nowe pokolenie oligarchów, które doszło do pieniędzy dzięki innowacjom i nowym technologiom, a nie surowcowej rencie.

Jego przedstawicielem jest własnie 47-letni Jurij Milnier, który ma niewiarygodnie szczęśliwą rękę do inwestycji. Tylko w 2009 r. stopa zwrotu jego przedsięwzięć – m.in. inwestycje w start-upy – wyniosła 500 proc. Biznesmen jest pierwszym Rosjaninem, który tak odważnie wszedł w branżę cyfrową. – Robi to wyłącznie dla pieniędzy, nie ma to nic wspólnego z polityką – mówił jednemu z portali internetowych Eduard Szendierowicz z londyńskiej internetowej firmy inwestycyjnej Kite Ventures. Za jego przykładem kroczą już inni.