Cokolwiek to jest, jeżeli przychodzi od rządu – ja się już boję – swego czasu Wirgiliusz w „Eneidzie” tak pisał o Grekach w nawiązaniu do konia trojańskiego. Dziś dostajemy od rządu projekt ustawy deregulacyjnej i w tyle głowy mamy jedno okienko premiera Tuska. Z ambitnego pakietu po roku urzędniczych konsultacji został erzac.
Szereg zapisów likwidujących co większe absurdy i częściowe zastąpienie zaświadczeń oświadczeniami. Z oryginalnego projektu wyleciała cała lista pomysłów, które rok temu „DGP” słusznie nazywał rewolucyjnymi.
Nie skasowano dziesiątek najrozmaitszych licencji i fikcyjnych pozwoleń zatruwających życie każdego kto prowadzi biznes, nawet jeżeli ten biznes to tylko puszczanie muzyki na weselach. Rząd wystraszył się korporacji zawodowych i zostawił je z ich szczelnie pilnowanym dostępem do zawodu, zapisami ograniczającymi wolność rynku i wymuszającymi sztucznie windowane ceny usług prawnych czy notarialnych. Po dwóch latach prac rok trwały urzędnicze konsultacje. A kiedy projekt wyłonił się z gmachów kolejnych ministerstw, nie było już tam mowy o zniesieniu druków RMUA, opłat dla firm za pobieranie składek, niższych kar dla firm spóźniających się z ZUS-owskimi wpłatami czy skrócenia do 5 lat okresu archiwizowania dokumentów firmowych.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.