Od początku stycznia do końca kwietnia Polacy wydali w małych sklepach o 8,5 proc. więcej niż w zeszłym roku. W tym samym czasie w supermarketach wartość sprzedaży wzrosła zaledwie o ok. 1 proc. ‒ wynika z danych opracowanych dla DGP przez firmę badawczą CMR.
To, że z powodu epidemii wychodzimy na zakupy rzadziej, przekłada się na liczbę transakcji. Ta w małych placówkach handlowych maleje zdecydowanie wolniej. ‒ Zmniejszyła się ona od początku roku o 11 proc., dla porównania w dużych sklepach spadek transakcji sięgnął 16 proc. W obu formatach daje się natomiast zauważyć wzrost średniego koszyka zakupowego o ponad 20 proc. W efekcie w małych placówkach na koniec kwietnia klienci zostawiali przeciętnie 19 zł zamiast 15 zł jak przed rokiem. W dużych marketach średni wydatek wzrósł z 30 do 37 zł ‒ wyjaśnia Elżbieta Szarejko z firmy CMR.
Reklama

Reklama
Renesans drobnego handlu eksperci wiążą z koronawirusem. Polacy omijają duże skupiska ludzkie, a więc też duże sklepy. Swoje zrobiły też ograniczenia wprowadzone w handlu. Limit liczby klientów sprawił, że przed dużymi sklepami ustawiały się kolejki, co odstraszało i sprawiało, że wiele osób zakupy wolało zrobić blisko domu. Ponadto zamknięto centra handlowe, gdzie zlokalizowana jest duża część super- i hipermarketów.
‒ Od rozpoczęcia „narodowej kwarantanny” do początku maja sprzedaż w małych placówkach zwiększyła się o prawie 8 proc. roku do roku. W dużych natomiast zmalała o niecałe 4 proc. ‒ wylicza Elżbieta Szarejko. Ocenia, że otwarcie galerii handlowych na początku maja jak dotąd nie zmieniło trendu, czyli nie powoduje odwrotu od małych sklepów. To pozwala przypuszczać, że klienci na trwałe wrócili do działających lokalnie placówek. ‒ Małe sklepy są postrzegane jako te najbezpieczniejsze. Do tego są blisko domu. Dzięki temu można w nich szybko i wygodnie zrobić zakupy, co ma ogromne znaczenie w tym trudnym czasie ‒ mówi Maciej Ptaszyński, dyrektor Polskiej Izby Handlu.
Zdaniem ekspertów procentują też działania podjęte w ostatnich latach przez właścicieli tych placówek handlowych. Łączenie się w grupy zakupowe i sieci franczyzowe przez niezależnych sprzedawców sprawiło, że różnice cenowe między ich sklepami a marketami się spłaszczyły. Dziś wynoszą kilka procent, a nie jak przed laty 20‒30 proc. Do tego dochodzi zmiana w asortymencie. ‒ Przystępując do sieci czy grupy ich właściciele zyskują dostęp do narzędzi analitycznych, pozwalających lepiej zdefiniować potrzeby kupujących i dostosować asortyment do ich oczekiwań. Dziś małe sklepy oferują ok. 6 tys. pozycji produktowych ‒ dla porównania w dyskoncie jest to 2‒3 tys. ‒ wyjaśnia Maciej Ptaszyński. Pod ręką jest więc bogaty wybór żywności, alkohol, wyroby tytoniowe. Stały się nawet miejscem, gdzie najszybciej można kupić nowość w danej kategorii. To sprawia, że małe sklepy stają się coraz częściej miejscem większych zakupów, a nie tylko impulsowych.
‒ Z naszych danych wynika, że klienci kupują w nich więcej produktów mlecznych, przypraw i dodatków kulinarnych, tłuszczy, produktów zbożowych czy przetworów warzywnych ‒ wymienia Elżbieta Szarejko.
Dobre czasy dla małych sklepów potwierdzają firmy, które działają na tym rynku. Mowa np. o sieci Dino, która w I kwartale zarobiła niemal 104 mln zł, wobec niecałych 67 mln zł rok wcześniej. Przychody spółki zwiększyły się natomiast o ponad 42 proc., do 2,22 mld zł. ‒ Naszym priorytetem było zapewnienie bezpieczeństwa pracownikom oraz klientom i dowiedliśmy, że jesteśmy w stanie sprawnie dostosować się nawet do bardzo wymagających warunków rynkowych. Jednocześnie kontynuujemy naszą politykę cenową, która wraz z wysoką jakością i dużą różnorodnością oferty jest ważnym sposobem na budowanie zaufania klientów ‒ skomentował wyniki Szymon Piduch, prezes zarządu Dino Polska.