Oburzenie, że medialny gigant będzie musiał zapłacić drobną opłatę na rzecz polskiej kinematografii, doskonale pokazuje, jak ludzie ‒ kierując się nawet dobrymi intencjami ‒ doprowadzają do wypaczenia konkurencji na rynku.
Reklama
A chodzi o to, że w tarczy 3.0 uchwalono przepis stanowiący, że nadawcy VoD (wideo na żądanie) zapłacą 1,5 proc. przychodów na Polski Instytut Sztuki Filmowej. Z obowiązku tego zwolnione będą najmniejsze firmy. Wywołało to wzburzenie internautów oraz politycznej opozycji ‒ nazwano to „podatkiem od Netflixa”. Pomija się jednak niestety całkowicie pełen kontekst wprowadzonej zmiany.
Trzeba bowiem pamiętać, że opłata, którą na nadawców VoD, w tym Netflixa, nałożył Sejm (ustawa nie została jeszcze rozpatrzona przez Senat), to nic nowego w polskim prawie. Wnoszą ją od dawna m.in. właściciele kin, dystrybutorzy filmowi, nadawcy telewizyjni, właściciele kablówek. I mało kto o tym mówił. Zaczęto mówić, gdy postanowiono „obłożyć” opłatą właśnie największego z nadawców ‒ Netflixa. A ja ‒ przyznaję szczerze ‒ tego oburzenia nie rozumiem.
Pada zarzut, że wzrosną ceny usług VoD i w ten sposób władza doprowadzi do tego, że jedyna obecnie rozrywka wielu Polaków stanie się droższa. Teoretycznie to możliwe. Wskutek nałożenia opłaty, jeśli przedsiębiorcy postanowią przerzucić koszt na konsumentów, nasze miesięczne rachunki za Netflixa poszybują o ok. 60 groszy. Choć bardziej prawdopodobny jest wariant, że nikt cen z powodu nowego podatku nie będzie podnosił, bo na rynku nadawców VoD od kilku miesięcy panuje ostra rywalizacja, także cenowa. Ponadto mówimy o branży, gdzie niewykluczony jest odpływ części konsumentów z rynku. Najzwyczajniej w świecie, gdyby było za drogo, część osób korzystałaby z pirackich treści, od których jako społeczeństwo w ostatnich latach odchodzimy.
Pojawia się zarzut, że Netflix to nie kino, zatem nie można argumentować nałożenia opłaty dla nadawców VoD tym, że odprowadza ją branża kinowa. Ale właśnie wideo na żądanie obecnie spełnia tę samą bliźniaczą wręcz funkcję w konsumenckim życiu co wyjście do kina. Ba, w dobie epidemii wręcz część premier filmowych odbyła się na Netflixie, a sama korporacja bije się o filmowe Oscary. Głośne polskie tytuły, jak „365 dni”, błyskawicznie trafiły na platformę z czerwonym „N”. Na nikim już nie robi wrażenia to, że dany tytuł jest równocześnie pokazywany w kinach (to znaczy będzie, gdy kina zostaną otwarte) oraz udostępniany w VoD.
Wcale nie tak mało osób twierdzi, że wprowadzenie opłaty to de facto wprowadzenie podwójnego opodatkowania. A to dlatego, że ktoś płaci najpierw za dostęp do internetu (w tym podatek), a potem musi za Netflixa (i drugi podatek). Dlaczego jednak tak twierdzący nie widzą, że gdy jadą swoim autem do kina, również są opodatkowani dwukrotnie, bo przecież zużywają paliwo? Argument typu „płacę już za internet” jest jednym z najgłupszych. Tak mówili przez lata internetowi piraci („płacę za internet, więc nie będę płacił za film/muzykę/oprogramowanie”), tak mówią oburzeni żądaniem wydawców gazet zapłaty za treści dostępne w sieci („płacę za internet i mam wam jeszcze płacić za to, że przeczytam jakiś artykuł?”), tak też zaczynają mówić obrońcy Netflixa.
Nie brakuje również głosów, że rządzący doprowadzą do tragedii i takie platformy jak Netflix opuszczą Polskę. Ten argument można poczytywać wyłącznie w kategoriach żartu. Najpopularniejszy nadawca VoD zostanie zobowiązany do zapłaty 6 mln zł w tym roku oraz ok. 10 mln zł rocznie w latach kolejnych. Netflix zaś ‒ jak wskazał Jan J. Zygmuntowski, ekonomista związany z obszarami cyfrowej gospodarki oraz prezes zarządu think tanku Fundacja Instra, na łamach Spider’s Web ‒ w 2019 r. miał ponad 20 mld dol. globalnych przychodów, zaś w I kwartale 2020 r. jego przychody na rynku europejskim wzrosły o 40 proc. Nie ma żadnego powodu, by rezygnować z działalności w danym kraju tylko dlatego, że trzeba podzielić się z państwem ułamkiem tortu.
Pojawia się wreszcie zarzut, że bezsensem jest nakładanie nowych podatków i należałoby skasować opłatę wnoszoną na PISF dla tych, którzy do jej uiszczenia są zobowiązani, a nie rozszerzać krąg zobowiązanych podmiotów. I to, moim zdaniem, jest jedyny rozsądny argument w walce z „podatkiem od Netflixa”. A to dlatego, że nie prowadzi do wzmocnienia części podmiotów rynku cyfrowego kosztem innych. Oczywiście rodzi się pytanie: jeśli skasujemy opłatę, co wtedy? Można przyjąć wariant, że państwo w ogóle nie uczestniczy w finansowaniu kinematografii (bo podział środków od dawna budzi zastrzeżenia i pieniądze niekoniecznie trafiają do najlepszych twórców). Można też taki, że pieniądze na ten cel trafiać powinny bezpośrednio z podatków (zatem bez wątpienia wtedy obywatele zapłacą, a nie korporacje). Rozwiązanie jest do wypracowania. Natomiast nie sposób zaakceptować rzeczywistości, w której nieduże polskie firmy płacą na rodzimą kinematografię i nikt nie przejmuje się ich losem, a gdy rządzący „biorą się” za technologicznych gigantów, pojawia się oburzenie.