statystyki

Chcesz zarobić? Inwestuj w siebie

autor: Joanna Tyrowicz, Marcin Dec08.11.2019, 10:33; Aktualizacja: 08.11.2019, 10:55
Rachunek inwestycji, czyli porównanie poniesionych nakładów z przyszłymi korzyściami, musi (a) mierzyć wszystkie nakłady oraz (b) jakoś zdefiniować horyzont czasowy dla zwymiarowanych finansowo korzyści.

Rachunek inwestycji, czyli porównanie poniesionych nakładów z przyszłymi korzyściami, musi (a) mierzyć wszystkie nakłady oraz (b) jakoś zdefiniować horyzont czasowy dla zwymiarowanych finansowo korzyści.źródło: ShutterStock

Czy inwestując w siebie, można oczekiwać godnej emerytury? Na tak postawione pytanie da się odpowiedzieć zarówno „oczywiście, tak!”, jak i „absolutnie, nie!”.

Rachunek inwestycji, czyli porównanie poniesionych nakładów z przyszłymi korzyściami, musi (a) mierzyć wszystkie nakłady oraz (b) jakoś zdefiniować horyzont czasowy dla zwymiarowanych finansowo korzyści.

Czym są nakłady w rachunku inwestycji w siebie? Oprócz typowych kosztów finansowych (czesne, opłata za szkolenie, dojazdy, zakwaterowanie etc.) należy uwzględnić także koszty alternatywne, czyli przychody, które utraciliśmy (lub mogliśmy utracić), ucząc się, studiując czy dokształcając. Warto też pamiętać o rezygnacji z przyjemności, z czasu, który można byłoby spędzić inaczej niż w auli. Siłą rzeczy nakłady są zatem sprawą bardzo indywidualną. A korzyści z inwestycji w siebie? Zwykle: wyższe wynagrodzenie, mniejsze ryzyko utraty pracy i większe prawdopodobieństwo znalezienia nowej. Choć czynniki takie jak prawdopodobieństwo utraty pracy są bardziej zobiektywizowane niż oszacowanie „emocjonalnego kosztu” czasu poświęconego na podnoszenie wiedzy, ich ocena pozostanie subiektywna, bo przecież nie znajdujemy się równolegle na dwóch ścieżkach naszej kariery: z wykształceniem i bez.

Badania empiryczne jednoznacznie wskazują, że wykształcenie formalne generuje zasadnicze korzyści: każdy jeden rok więcej edukacji to dochody o 7–8 proc. wyższe. Absolwent studiów licencjackich zarabia średnio w każdym roku życia ok. 20–25 proc. więcej niż osoba, która nie skończyła wyższej uczelni, co systematycznie dokumentują dla wszystkich krajów świata George Psacharopoulos z Uniwersytetu Georgetown oraz Harry Patrinos z Banku Światowego. Nie ma inwestycji na rynkach finansowych, która przez dekady niezmiennie przynosiłaby z naszych oszczędności wyższą stopę zwrotu niż własne wykształcenie. W takie oszacowania możemy wierzyć również dlatego, że przez lata badań ekonomia znalazła sposoby sprawdzenia, że absolwent jest „naprawdę porównywalny” do nieabsolwenta i wyniki te potwierdzają się nawet w przypadku kiepskich studentów. Stąd wiemy też np., że znaczenie mają nie same zaliczone zajęcia, lecz spełnienie wszystkich kryteriów uzyskania dyplomu. Naturalnie, te stopy zwrotu są zróżnicowane w zależności od dziedziny wykształcenia. Jednak nawet niskopłatne zawody wymagające dyplomu gwarantują dodatnią stopę zwrotu z inwestycji w siebie. Wątpliwości nie budzą także przeciętne nakłady na tytuły w stylu MBA, specjalizacje medyczne czy w zawodach prawniczych – pomimo wysokich kosztów uzyskania takiego wykształcenia i dużej rozpiętości dochodów w zależności od wybranej ścieżki kariery, absolwenci tych kierunków w sensie statystycznym zyskują więcej, niż gdyby podobne pieniądze zainwestowali na giełdzie, nie wspominając o obligacjach rządowych.


Pozostało jeszcze 74% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Polecane

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Polecane