Nie ma przyszłości bez przedsiębiorczości. Co to hasło oznacza dla prezesa jednego z największych banków w Polsce i regionie Europy Środkowo-Wschodniej…

źródło: Materiały Prasowe

Praca na rzecz firm w Polsce jest naszym priorytetem. Dlatego staramy się być blisko ich problemów i wzmacniać je w wyzwaniach, jakim muszą stawiać czoła każdego dnia. Ze względu na skalę jesteśmy czołowym bankiem dla przedsiębiorstw w Polsce. Obsługujemy wszystkie firmy w Polsce, szczególnie te duże i średnie, wzmacniamy naszą pozycję także w grupie najmniejszych. Co ciekawe, po etapie repolonizacji staliśmy się także bankiem pierwszego wyboru dla dużej części biznesu zagranicznego obecnego w Polsce. Rozbudowujemy dla tych wszystkich grup naszą ofertę, czego przykładem jest chociażby aktywne wsparcie dla polskiego eksportu. Tu była dla Pekao SA realna rynkowa luka do wypełnienia. Szacujemy, że gdyby nie nasze wsparcie, nie byłoby eksportu polskich usług i towarów wartych około miliarda złotych. Dzięki naszym produktom finansowania eksportu polscy eksporterzy już są w trakcie realizowania kontraktów na ponad pół miliarda złotych plus mają zabezpieczone finansowanie z banku na kolejne kontrakty eksportowe o wartości kilkuset milionów złotych.

A na czym konkretnie polega wsparcie Pekao SA dla polskiej przedsiębiorczości?

Udzielamy finansowania firmom niezbędnego do realizacji kontraktów za granicą, ale też oferujemy produkty treasure czy derywaty. Dzięki współpracy z KUKE – możemy pracować przy projektach w kilkudziesięciu krajach na świecie. To jest nasz wkład w proces przekształcania polskiej gospodarki w globalną. Z kraju obecnego nie tylko w regionie Europy Środkowo-Wschodniej w państwo, którego przedsiębiorcy są obecni na całym świecie.

Uważa Pan, że na wasz biznes pozytywny wpływ miał fakt, że bank stał się na nowo bankiem z dominującym kapitałem polskim?

Tak. Klienci przychodzą do nas z pewnym zaciekawieniem i to nowe spojrzenie nas dopinguje do innego podejścia. Znacznie przyspieszamy procesy decyzyjne. Czas podejmowania decyzji w sprawie kredytu czy innych produktów finansowych staje się kluczowy dla naszych klientów. A my chcemy przy zachowaniu dochodowości dostarczyć im nasze wsparcie znacznie szybciej. Jesteśmy w trakcie przebudowy tych procesów przy zastosowaniu narzędzi technologicznych. Oczywiście jeszcze dużo przed nami. Zwłaszcza jeśli porównamy bankowość korporacyjną do bankowości detalicznej, gdzie dziś prawie 40 proc. pożyczek jest udzielanych automatycznie. Patrzymy na czołowe banki świata w tym zakresie i skrócenie udzielania wsparcia tam następuje. Klienci właśnie tego od nas oczekują. Tam gdzie powinniśmy jeszcze mocniej zmienić podejście, to poziom firm mikro i środowisko start-upów. Banki w Polsce powinny postawić sobie za cel wzmocnienie tych najmniejszych przedsiębiorstw, bo w naszym kraju wciąż jest za mało firm z tego segmentu, które osiągają skalę i sukces. Na pewnym poziomie w zasadzie większość firm osiągających sukcesy finansowe to te z kilkunastoletnim stażem, zakładane jeszcze na początku lat 90., a nie te, które rozpoczęły działalność 5–7 lat temu. Tym drugim trzeba pomóc rosnąć.

Ekonomiści są zgodni, że to właśnie ten segment gospodarki potrzebuje najwięcej atencji ze strony interesariuszy publicznych…

Porównując z innymi krajami naszego regionu – banki w Polsce mają naprawdę unikalną wiedzę i zasoby, chociażby w finansowaniu zakupów lewarowanych, transakcji fuzji i przejęć. Znamy te wszystkie rozwiązania, które tym rokującym start-upom mogą pomóc przekształcić się w średniej wielkości firmy europejskie. Poza tym tam, gdzie ryzyko jest zbyt duże, pracujemy z instytucjami takimi jak banki rozwojowe, m.in. BGK, EBOiR, EBI, których obecność pomaga nam znaleźć fundusze na rozwój polskich firm i tworzy efekt multiplikacji tych możliwości. I to przy trudnych warunkach regulacyjnych dla banków, takich jak wysoka składka do Bankowego Funduszu Gwarancyjnego czy podatek bankowy. Dochodzi do tego też fakt, że w polskim sektorze bankowym dominują niskie marże, ale mimo to uważam, że mix potencjału polskich banków wraz z pomysłami, determinacją i przedsiębiorczością startupowców musi przynieść oczekiwany efekt w najbliższych latach. U nas w Polsce naprawdę mamy atrakcyjne warunki finansowania.

No i dochodzimy do tego, że mimo tej atrakcyjności i niskiego kosztu kredytów skala inwestycji prywatnych firm jest daleka od potencjału gospodarki. Co więcej, od kwartałów mimo polepszenia się statystyk, ekonomiści wskazują ten czynnik jako alarmujący i tu upatrują ryzyko o charakterze długoterminowym. Wyczerpują się zasoby produkcyjne plus liczona jest co najmniej w 1,5 mln osób luka na rynku pracy, a inwestować firmy wciąż się boją. Jaki jest powód takiej asekuracji według Pana?

Rzeczywiście widzimy, choć – całe szczęście – nie jest to masowy ruch, że część firm rezygnuje z decyzji inwestycyjnych. Zwłaszcza w branżach pracochłonnych, gdzie brak pracowników tworzy ryzyka systemowe i ogranicza zapał do wydania środków na nowe milionowe inwestycje. Uważam, że jako gospodarka musimy się mocniej otworzyć na pracowników z Ukrainy i udrożnić ich wchłonięcie do polskiego rynku pracy. Dodatkowym czynnikiem są obawy o pewne wymogi regulacyjne naszej gospodarki. Przedsiębiorcy najczęściej mówią nam o tych dwóch powodach, które studzą ich zapał do inwestycji.

Dodatkowo skala presji płacowej tylko rośnie. Nie będziemy mówić do jakiego poziomu doszło to w przypadków pracowników specjalizujących się w technologiach i jakie są dziś ich wymagania… Jak wskazuje nasz trochę futurologiczny raport z początku tego roku, dotyczący prognoz wynagrodzeń do 2040 roku, w Polsce nominalna zwyżka średniej pensji ma być w tym okresie jedną z najwyższych na świecie, a na pewno w Europie. Szacujemy, że średnie wynagrodzenie zwiększy się o 140 proc. w ciągu najbliższych 20 lat, kiedy w tym czasie w Niemczech zwyżka wyniesie 40 proc. Wciąż nominalnie nie pozwoli to nam zarabiać tyle, ile nasi zachodni sąsiedzi, ale wizja atrakcyjnego kraju, bo mamy niskie koszty pracy, przechodzi do lamusa…

To się nazywa pułapka średniego rozwoju. Miałem przyjemność pracować z ekonomistami, którzy wymyślili to pojęcie. Zostało ono wprowadzone w roku 2006 przez dwóch ekonomistów Banku Światowego, Indermita Gilla i Homiego Kharasa. To fakt. Stajemy się krajem już mało konkurencyjnym kosztowo. Ale jak możemy z tego zbliżającego się impasu wyjść zwycięsko? Musimy inwestować w innowacje, czyli w technologie, i kropka. Ale nie skupiać się na stworzeniu nowych rewolucyjnych pomysłów – programów czy produktów IT – ale adaptować te, które wykorzystują dojrzalsze gospodarki. I doskonaląc ich wykorzystanie i będąc wciąż tańszym niż Europa Zachodnia czy USA, budować na nowo nasze przewagi.

Brzmi jak zwykle pięknie – zwłaszcza w wywiadzie prasowym. Pytanie tylko jak to robić? Jak przyspieszyć ten proces?

Przede wszystkim należy mieć świadomość, że nie uda się zatrzymać narastającej presji płacowej i przedsiębiorcy powinni się nastawić na to, że to będzie proces ciągły. Dlatego w ich rozumieniu biznesu powinno się pojawić mocne czerwone światełko, że technologie i automatyzacja to konieczność, aby sprostać wszelkim czynnikom zewnętrznym i nadążyć za wciąż szybko zmieniającą się konkurencją. Bo to nie jest trend tymczasowy, tylko rewolucja, choć rozłożona na lata. To co nam pomaga, to fakt, że mamy wciąż bardzo wielu zdolnych pracowników, dobrą lokalizację w Europie, duży chłonny rynek wewnętrzny, więc trudno wciąż bez nas robić biznes w regionie czy lokować nową produkcję. Do tej pory w zasadzie nagradzane są firmy, które tworzą miejsca pracy, a niewiele oferuje się przedsiębiorcom bezpośrednio inwestującym w technologię. Może warto zmienić to podejście, np. poprzez silniejsze wsparcie ulgami podatkowymi? Dziś często jest tak, że inwestor zagraniczny otwiera w Polsce działalność i jemu pomagamy bezpośrednio, a on z kolei zabiera z rynku pracy innym firmom najlepszych pracowników. Warto przemyśleć nasz stosunek do tych firm, które będą tu inwestować przede wszystkim w rozwiązania technologiczne zamiast w tworzenie miejsc pracy, których jest przecież już relatywnie dużo. Powinno się premiować tych zagranicznych inwestorów na bazie ich propozycji dotyczących deklaracji inwestycji w nowe kapitałochłonne technologie.

Zauważamy jednak wciąż niską chęć inwestycji w technologię ze strony polskich firm – one często podchodzą do transformacji cyfrowej znacznie bardziej wybiórczo niż dojrzałe firmy z dużych rynków. Podobnie zresztą podchodzi do tego polska administracja…

Mamy dalej sytuację, w której sporą część wartości dodanej polskich producentów odkłada się poza Polską. Przykładem mogą być tu produkty, które ostatecznie kupują Chińczycy z nadrukiem „Made in Germany”, ale to my dostarczamy podzespoły do tego ostatecznego wyrobu. To pokazuje, jak silnie polska gospodarka za pomocą niemieckich firm jest powiązana z chińską. My, jako bank, mamy sporo klientów, którzy są poddostawcami towarów do Państwa Środka, a mogliby robić to bezpośrednio. Oczywiście należy pamiętać, jak trudne jest wyrobienia sobie marki i przemodelowanie swojego biznesu. Ale wtedy ta wartość dodana – czyli szansa na ucieczkę z ligi krajów średniego dochodu i rozwoju – będzie się tu silniej odkładać. I dodatkowo, patrząc z perspektywy swoich doświadczeń, cyfryzacja sama się w Polsce łatwo i szybko nie wydarzy. Sądzę, że kluczowy byłby silniejszy impuls ze strony administracji. Wystarczy popatrzeć na sukces krajów skandynawskich, a w tej grupie blisko nas, widzę Estonię. Wszystko zaczęło się od cyfryzacji… usług publicznych.

Czyli nie ma przyszłości przedsiębiorczości bez technologii?

Tak, wydaje mi się to uzasadnione. Scyfryzowane państwo wymusza zmiany u przedsiębiorców. Konieczność faktur elektronicznych, Polska bezgotówkowa itp. Niby duże i średnie firmy sobie jakoś z tym radzą, ale konieczne są zmiany u małych przedsiębiorców. Zaistnienie w cyfrowym świecie to jest dla nich ogromne wyzwanie.

Wielkie firmy będzie stać na robotyzację, automatyzację czy wdrożenie modułów sztucznej inteligencji, a tym małym wciąż wiatr wieje w oczy… Tylko jak pomóc dokonać wyboru? Jest tyle platform, produktów, koncernów zagranicznych oferujących gotowe moduły czy rozwiązania chmurowe… Jak inwestować smart? Dużym trochę łatwiej wybrać i dopasować technologię do swoich potrzeb…

Dlatego należy się zastanowić, czy nie jest uzasadnione skonstruowanie systemu wsparcia dla tej grupy najmniejszych przedsiębiorstw, by i one mogłyby wejść do cyfrowego świata w miarę bezboleśnie i szybko. A może małym firmom zaoferować dostęp do rozwiązań w chmurze. Przeformatujmy dotychczasowe myślenie, dlaczego nie? Dodatkowo pomyślmy, ile to by przyniosło oszczędności dla całej gospodarki? Jak cyfryzacja mogłaby ograniczyć biurokrację? Jak mogłaby przyspieszyć procesy w wielu dziedzinach życia Polaków i ułatwić nam skok z poziomu kraju, który mimo zmian zakleszczył się w tej mitycznej pułapce średniego rozwoju…

Rozmawiali:

Anna Sieńko, partner PwC (prezes PwC IT Services – technologicznego ramienia PwC w Polsce)

Kuba Kurasz, dyrektor PwC