Chociaż Polska jest w Unii Europejskiej od 15 lat, to wciąż wypadamy dość skromnie w zabieganiu o swoje interesy w porównaniu z innymi krajami, zwłaszcza zachodnimi. My mamy 217 podmiotów, z czego biurami w Brukseli dysponuje 25 z nich. Niemcy mają ponad 1,5 tys. podmiotów w rejestrze z 326 biurami w unijnej stolicy.

W Brukseli lobbingiem zajmuje się prawie 12 tys. podmiotów z całego świata. To także firmy, ale w przeważającej mierze organizacje pozarządowe i stowarzyszenia. Lobbują naukowcy, ekolodzy, grupy zawodowe czy związki wyznaniowe. Lobbing w europejskim wydaniu jest o tyle przejrzysty, że każdy, kto chce dotrzeć do ucha europejskiego urzędnika, musi się zarejestrować w systemie, a każde jego spotkanie też powinno zostać zarejestrowane.

Prężne branże

Kinga Grafa, reprezentująca w Brukseli Konfederację Lewiatan, uważa, że nasze firmy radzą sobie tam coraz lepiej. – Widzimy coraz więcej zainteresowania w kraju, padają zapytania od przedsiębiorców dotyczące konkretnych projektów legislacyjnych. Zmienia się też na lepsze wizerunek lobbysty. Postrzeganie lobbingu jako nie do końca czystej gry o niejasnych zasadach to dziedzictwo lat 90., kiedy taka była w Polsce rzeczywistość – dodaje.

Bardzo prężnie w Brukseli działa branża farmaceutyczna, która ma na koncie duży sukces dotyczący umożliwienia produkcji leków na eksport do krajów trzecich w okresie trwania dodatkowego świadectwa ochronnego.

– Nowe przepisy pozwolą polskim firmom konkurować z pozaeuropejskimi w produkcji leków generycznych. Obecnie dyskutowany jest wpływ leków na środowisko i nasz sektor też bierze udział w tych rozmowach – mówi Kinga Grafa.

Swoją obecność zaznaczają też inne sektory, m.in. motoryzacyjny, apteczny, transport i logistyka. Choć ta ostatnia miała ostatnio pod górkę z powodu pakietu mobilności, którego częścią są przepisy regulujące pracę kierowców ciężarówek. – Lobbing jest trudny, bo sprawa jest polityczna, ale przewoźnicy są bardzo aktywni i nie składają broni – uważa Grafa.

Niewielką aktywność naszych firm w UE można tłumaczyć tym, że często oczekują one inicjatywy ze strony rządu. Polski urzędnik w Brukseli pragnący zachować anonimowość mówi, że nasi przedsiębiorcy wychodzą z założenia, że wszystko ma za nich załatwić rząd. A jeśli coś pójdzie nie tak i UE przyjmie kiepskie dla nich prawo, to mają pretensje.

– W Polsce nie ma wiary w to, że można coś załatwić na własną rękę. Firmy myślą, że Niemcom idzie tak dobrze, bo mają Merkel, która wali pięścią w stół, i wszystko jest, jak chcą. Otóż nie, niemieckie firmy mają tam potężną reprezentację, od lat prowadzą działalność naciskową. Nie ma innej drogi – mówi nasz rozmówca.

Chociaż coraz więcej naszych firm widzi potrzebę lobbingu, nie zawsze wiedzą, jak go robić dobrze. Urzędnik w Brukseli przypomina sprawę polskiego producenta okien Fakro, który zarzucił duńskiemu Veluksowi wykorzystywanie dominującej pozycji na rynku. Chodziło m.in. o sprzedaż poniżej kosztów czy różnicowanie rabatów w sposób nieuzasadniony ekonomicznie. Firma w 2012 r. przedstawiła sprawę Komisji Europejskiej, dostarczając ponad 400 dowodów na nieuczciwe praktyki Veluksu. Po sześciu latach KE podjęła decyzję, że nie zajmie się tą sprawą. Fakro złożyło odwołanie do Trybunału Sprawiedliwości UE i teraz czeka na wyrok.

Podejść systemowo

Nasz rozmówca uważa, że sprawa Fakro to dobry przykład dla polskich firm. – Pomimo postanowienia KE problem jest i ta sprawa będzie powracać. Nasi powinni nauczyć się swoje przykłady uniwersalizować i widzieć w nich przejawy pewnego mechanizmu. W rozmowach z urzędnikami KE trzeba mieć podejście systemowe, mówić o sytuacji firm w podobnej relacji do monopolistów, a nie skupiać się wyłącznie na sobie – wyjaśnia.

Błędem jest przedstawianie siebie jako ofiary innych firm, krajów czy urzędników. – Nasi często za bardzo narzekają, doszukują się celowego działania wymierzonego w nich. Najgorsze, co można zrobić, to zarzucić Vestager, że jest Dunką i dlatego broni Veluksu. Jeśli od tego zaczynasz rozmowę z unijnymi urzędnikami, to koniec – opowiada polski urzędnik w Brukseli.

Mowa o duńskiej komisarz zajmującej się konkurencją Margrethe Vestager, która podjęła decyzję o odrzuceniu wniosku Fakro. – Ta sprawa ją mocno zabolała i do końca nie było szans na podjęcie z nią tematu. Ale nie tylko ona o takich sprawach decyduje, można rozmawiać z innymi komisarzami – dodaje nasz rozmówca. Zwłaszcza że od listopada prace rozpocznie Komisja Europejska z nowym składem komisarzy.

W ocenie naszego urzędnika sprawa Fakro i Veluksu pokazuje również, że europejskim firmom brakuje spojrzenia globalnego. – Oni się zabijają w walce o europejskiego klienta, tymczasem mają potężną konkurencję na świecie. To producentów z krajów trzecich powinni traktować jako swoich przeciwników – słyszymy.

Jak przekazała DGP Anna Korczyk z Fakro, firma nie ma raczej nadziei na nowe otwarcie w KE. – Na czele Dyrekcji Generalnej ds. Konkurencji w Komisji Europejskiej pozostanie duńska komisarz Margrethe Vestager, w związku z czym trudno spodziewać się zmiany polityki konkurencji w Unii Europejskiej. Oznacza to, że uczciwa konkurencja w ramach Unii Europejskiej nie będzie priorytetem Komisji Europejskiej. Ważniejsza będzie geopolityczna rywalizacja ze Stanami Zjednoczonymi, a być może i Chinami, oraz ochrona interesów gigantów z krajów tzw. starej Unii Europejskiej, w szczególności Danii – podkreśla firma w swoim stanowisku. W jej ocenie ważne jest, by w gabinecie komisarz Vestager znaleźli się Polacy lub obywatele innych nowych krajów członkowskich, by „mimo wszystko równoważyć taką politykę KE”.

Niezbędna inwestycja

Jak podkreśla Kinga Grafa z Lewiatana, niezwykle ważne jest, by w rozmowach w Brukseli udział brali sami przedsiębiorcy. – Kiedy np. w wysłuchaniu w Parlamencie Europejskim uczestniczy przedsiębiorca, który z własnej praktyki zna bolączki wspólnego rynku i na własnej skórze doświadcza trudności związanych z istniejącymi barierami, to jest to postrzegane przez decydentów jako bezcenne źródło informacji. Dlatego jest to bardzo potrzebne i znaczenie takich informacji jest inne, niż kiedy głos zabiera ekspert czy urzędnik – podkreśla.

Na bezpośrednie zaangażowanie nie każdego jednak stać. – Dla małych i średnich przedsiębiorców lobbing na pewno jest sporą inwestycją i pewnie wielu z nich nie zdaje sobie sprawy, że jest to inwestycja konieczna. Wydaje się, że to jest luksus dla wielkich – mówi Kinga Grafa. Podkreśla jednak, że lobbować można nie tylko samodzielnie, ale przez organizacje przedsiębiorców oraz związki branżowe.

Europosłanka PO Róża Thun przypomina sytuację, kiedy wprowadzane były ograniczenia dotyczące norm benzoapirenu w produktach wędzonych. Nowe regulacje znacząco zmniejszyły dopuszczalną normę tej szkodliwej dla zdrowia substancji.

– To wywołało burzę zwłaszcza wśród małych przetwórców na południu Polski, bo tam jest zagłębie drobnych firm wędliniarskich. Nowe przepisy przede wszystkim ich zaskoczyły, bo oni nie wiedzieli o ograniczeniach. Duzi wiedzieli, bo się zrzeszają. A mali mówili wtedy: „Nikt nam nie powiedział” – podkreśla europosłanka.

Dodaje, że w Polsce jest nieufność wobec zrzeszania, bo to się kojarzy z komunizmem, kiedy to było obowiązkowe, ale fikcyjne. – Lobbing to jedna rzecz, ale przynależność do izb przemysłowych i handlowych to druga sprawa. Jeśli działają prężnie, to każdy jej członek może mieć wpływ na legislację. One wiedzą, co się dzieje, jakie projekty są przygotowywane, mają ekspertów z różnych krajów, ośrodki badawcze współpracujące z legislatorami – mówi Thun. Dodaje, że polscy przedsiębiorcy nie powinni ograniczać się tylko do polskich zrzeszeń, ale szukać ich również za granicą.

Polskim lobbingiem ma zająć się powołana przez rząd agencja Business & Science Poland. Początkowo obecne już stowarzyszenia przedsiębiorców obawiały się, że rząd zrobi im konkurencję i w Brukseli będzie za ciasno. Na razie jednak nowy podmiot stawia na współpracę i zaprasza do wspólnych rozmów.