PKO BP, koncerny energetyczne, Polska Grupa Zbrojeniowa, Poczta Polska czy publiczne media – prawie 30 spółek o „istotnym znaczeniu dla gospodarki”. Do tego mniej oczywiste podmioty, np. Wars, zapewniający usługi gastronomiczne i hotelarskie w pociągach, czy produkujący cementowozy i paszowozy Zakład Produkcji Naczep w Nieżychowicach. Wykaz spółek nadzorowanych przez premiera, członków Rady Ministrów, pełnomocników rządu lub państwowe osoby prawne, w tym jednoosobowe spółki Skarbu Państwa (SSP), liczy 367 pozycji. Czasem udział państwa wynosi 100 proc., czasem mniej niż 1 proc. Ale zawsze jest.

Do tego dochodzą tysiące spółek, których właścicielami są samorządy. To m.in. przedsiębiorstwa wywożące śmieci, zarządzające wodociągami czy ośrodkami sportu i rekreacji. Ministrowie, sekretarze stanu, prezydenci miast czy radni podejmują decyzje dotyczące obsady tysięcy stanowisk kierowniczych w podmiotach gospodarczych.

– Wpływ polityków na spółki Skarbu Państwa był i jest. Politycy są de facto ich właścicielami. Ale właścicielami, którzy nie odpowiadają za nic – stwierdza prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców Cezary Kaźmierczak. – Obecnie ten wpływ, według mnie, jest podobny jak w ostatnich latach. Wyjątkiem jest może sektor bankowy. Rząd uważa, że większy powinien być tu udział kapitału polskiego. A że w Polsce prywatnego kapitału jest z powodów historycznych mało, państwo musiało banki samo odkupić – dodaje.

Nieco inaczej na kwestię zaangażowania polityków w biznes patrzy ekonomista Witold Orłowski. – Jeszcze kilkanaście lat temu modne były tezy, że politycy mają ograniczone możliwości wpływania na gospodarkę, bo żyjemy w erze globalizacji, a wielkie koncerny zyskują na znaczeniu. Jednak okazało się, że to nieprawda: politycy wciąż mają przemożny wpływ na biznes. Przykładem są działania prezydenta USA Donalda Trumpa czy to, co teraz się dzieje w Polsce – mówi profesor z Akademii Vistula.

I dodaje, że wpływ polityków na gospodarkę można podzielić na trzy główne obszary. Pierwszy – kwestia tworzenia regulacji. Oczywiście zawsze można dyskutować, czy dany przepis jest potrzebny, jednak co do tego, że państwo powinno tworzyć ramy prawne, panuje zgoda. Drugi obszar, gdzie też polityków nikt nie zastąpi, to ogólne warunki prowadzenia biznesu, jak dbanie o rozwój czy bezpieczeństwo. – Trzeci to bezpośredni wpływ na przedsiębiorstwa. Przykład USA pokazuje, że państwo nie musi być właścicielem firmy, by móc wymusić na przedsiębiorstwie, poprzez regulacje, zgodne ze swoją wolą decyzje. To obszar najbardziej kontrowersyjny. Politycy nie wahają się korzystać z wpływów, by wymuszać na biznesie decyzje po swojej myśli – mówi prof. Orłowski, członek Narodowej Rady Rozwoju, gremium konsultacyjno-doradczego przy prezydencie Andrzeju Dudzie, a na początku wieku szef doradców ekonomicznych prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.

Staszek chce się sprawdzić w biznesie

Głośnym przykładem tego, jak politycy nad Wisłą w ostatnich latach ręcznie sterują biznesem, jest utworzenie pod koniec 2016 r. Polskiej Fundacji Narodowej. Wśród jej celów są m.in. „promocja i ochrona wizerunku Rzeczpospolitej Polskiej oraz polskiej gospodarki” czy „promocja spółek z udziałem Skarbu Państwa i polskiej przedsiębiorczości”. Jej fundatorami było 17 spółek z udziałem państwa, m.in. Lotos czy KGHM. Jak wynika z raportów fundacji, firmy te przeznaczyły na jej funkcjonowanie w latach 2016–2017 ponad 160 mln zł – trudno tak wielkich pieniędzy szukać w działającym na zasadach rynkowych prywatnym biznesie. W sprawozdaniu finansowym za 2017 r. fundacja informuje, że 17 mln zł przeznaczono na działalność statutową, a 2 mln zł na koszty administracyjne. (Raport za 2018 r. będzie opublikowany pod koniec tego roku).

Największym wydatkiem była „Kampania informacyjna dotycząca wymiaru sprawiedliwości”, która kosztowała ponad 8 mln zł. Akcję „Sprawiedliwe sądy” trudno oceniać inaczej niż jako prorządową propagandę. Tym bardziej że ponad milion złotych za jej opracowanie otrzymali piarowcy, którzy wcześniej byli zatrudnieni w kancelarii premiera. Jesienią ubiegłego roku sąd rejonowy w Warszawie uznał, że kampania była sprzeczna z celami statutowymi fundacji.

Inną konsekwencją wpływu polityków na biznes jest permanentna rotacja kadrowa, która ma miejsce w dużych spółkach Skarbu Państwa. W ubiegłym roku na łamach DGP sprawdziliśmy, ile było zmian władz w 30 kluczowych SSP w ciągu trzech lat rządów PiS. Okazało się, że prezes bądź p.o. prezes piastował stanowisko średnio krócej niż rok. Kilka razy na stanowiska kierownicze trafiali ci, którzy wcześniej byli wiceministrami. Aż po pięć razy w ciągu trzech lat prezesów wymieniano m.in. w Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych i Enerdze. Wciąż żyjemy w czasach, w których „Staszek chce się sprawdzić w biznesie”. Słynna wypowiedź Wiesława Kaczmarka, w 2001 r. ministra skarbu w rządzie SLD-PSL, o powodach nominacji Stanisława Dobrzańskiego na stanowisko prezesa Polskich Sieci Elektroenergetycznych, nie straciła na aktualności.

– To, że państwo posiada udziały w spółkach, nie daje nam żadnych korzyści. Może jedyną zaletą takiego rozwiązania jest to, że grupka ludzi znajduje w nich zajęcie. Na ogół to są firmy mniej efektywne i gorzej zarządzane niż prywatne – stwierdza Kaźmierczak. – A powinno być tak: państwo zachowuje instrumenty prawne, by móc nadal wpływać na firmy działające w sektorach krytycznych dla infrastruktury, ale te spółki są prywatne. Bo przecież własność państwowa jest nieefektywna. Choć pewne formy interwencjonizmu są korzystne, jednak pod warunkiem że stoi za tym strategia. Ja jej w Polsce nie widzę – stwierdza. I dodaje, że przykładem sukcesu planowego działania jest Izrael, który lata temu skupił się na czterech dziedzinach: hydrologii, rolnictwie, przemyśle zbrojeniowym i optyce. Dziś choćby w tych dwóch ostatnich obszarach firmy z tego państwa należą do światowej czołówki.

W podobnym tonie wypowiadał się premier Mateusz Morawiecki. – Państwo wraca do gry na poważnie. Do przedsiębiorczych przedsiębiorców dołącza teraz również przedsiębiorcze państwo. (…) To państwo wylało fundamenty pod sukces amerykańskiej Doliny Krzemowej czy izraelskiej innowacyjności, przemysłu koreańskiego albo niemieckiego – mówił w exposé. Było to zbieżne z opracowanym przez niego „Planem na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”. Oto jego fragment: „Polskie przedsiębiorstwa powinny być silne we wszystkich branżach, ale musimy też mieć swoje specjalności, zwłaszcza takie, które oparte są na nowoczesnych technologiach. Ich rozwój wesprze wykorzystanie Krajowych Inteligentnych Specjalizacji i specjalne programy rozwojowe realizowane przez Ministerstwo Rozwoju i Polski Fundusz Rozwoju dla różnych branż, przykładowo lotniczej, zbrojeniowej, stoczniowej, chemicznej, spożywczej, transportowej i IT”.

Problem w tym, że państwo chociaż ma środki i faktycznie zwiększa obecność w niektórych sektorach, to z pozytywnym stymulowaniem radzi sobie co najwyżej miernie. Doskonałym przykładem jest przemysł zbrojeniowy. Większość firm tego sektora skupiona jest w Polskiej Grupie Zbrojeniowej, której przychody w ubiegłym roku wyniosły ponad 5,5 mld zł. W 2018 r. firma po raz pierwszy od lat miała prawie 40 mln zł zysku. Ale trzeba pamiętać, że jej największym klientem pozostaje Ministerstwo Obrony, które jest jednocześnie… podmiotem nadzorującym PGZ. Prawdziwą miarą wartości i innowacyjności PGZ jest więc eksport. Ten, choć rośnie, to w ubiegłym roku wyniósł ok. 700 mln zł, czyli nieco ponad 10 proc. wszystkich przychodów grupy.

Obecnie w grupie powstaje strategia dalszego rozwoju. Siłą rzeczy musi ona bazować na planach resortu obrony, który jest głównym klientem. Kluczowym dokumentem dotyczącym zakupów planowanych przez MON jest Program Modernizacji Technicznej. Ale jest to dokument niejawny, który PGZ nie został przekazany. Tak więc plany Grupy muszą bazować na domysłach. Mimo że jest podmiotem państwowym i działa na jego potrzeby, to państwo nie chce jej poinformować o swoich zamierzeniach.

Inną niekonsekwencją działania państwa w zbrojeniówce jest to, że Polski Fundusz Rozwoju zainwestował prawie 130 mln zł w kupno 24 proc. prywatnej Grupy WB, specjalizującej się w produkcji dronów. Tymczasem MON do przetargu na bezzałogowce nie dopuściło tej firmy. Zamówienie trafiło do PGZ, której kompetencje w tym zakresie były znacznie mniejsze. Ale za to udział państwa w akcjonariacie większy.

Plany były ambitne

Mimo zaklinania rzeczywistości przez polityków spektakularną porażką jest zaangażowanie państwa w przemysł stoczniowy. W czerwcu 2017 r. w Szczecinie w świetle kamer premier Morawiecki położył stępkę pod prom Polskiej Żeglugi Bałtyckiej. Statek miał być zaprojektowany na miejscu i wybudowany w Stoczni Szczecińskiej. Efekt jest taki, że miesiąc temu ogłoszono, że jednak zostanie zakupiony gotowy projekt. Choć według pierwotnych planów statek miał być wodowany jeszcze w 2019 r. – Nie zakładam żadnych opóźnień – mówił DGP jeszcze rok temu Marek Gróbarczyk, minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej. Szanse na to, że statek powstanie w Szczecinie w ciągu najbliższych 2–3 lat, wydają się iluzoryczne.

Problemy ma też inna państwowa spółka ze Szczecina związana z morzem. Produkująca elementy farm wiatrowych ST3 Offshore kilka razy spóźniła się już z wypłacaniem pensji pracowników. Także trójmiejskie stocznie należące do państwa, m.in. Nauta, są w trudnej sytuacji finansowej.

O tym, że państwo słabo sobie radzi jako właściciel, świadczy kondycja spółek energetycznych. Giełdowy indeks WIG-ENERG kilka tygodni temu sięgnął najniższych poziomów w historii. Można tutaj doszukiwać się usprawiedliwień w sytuacji zewnętrznej, m.in. polityce klimatycznej UE, która naciska na szybkie odchodzenie od węgla – a ten stanowi u nas 80 proc. miksu energetycznego. Ale jednak za wyniki spółek odpowiada właściciel – a więc w dużej mierze państwo. To, że Unia stawia na odnawialne źródła energii (OZE), było wiadomo od dawna, bo cele klimatyczne zostały określone w 2014 r. Jednak to politycy zdecydowali, że polska energetyka specjalnie nie będzie się przejmować OZE. Zmiana w narracji, która zaszła kilka miesięcy temu, wydaje się spóźniona.

Jaka powinna być więc rola państwa w zarządzaniu biznesem? Wydaje się, że jego udział w firmach, które produkują cemento- czy paszowozy, nie jest niezbędny. Ale na pewno rząd powinien mieć wpływ na strategiczne firmy w takich sektorach jak np. energetyka. Sposoby, by to osiągnąć, są różne. W USA państwo praktycznie nie posiada udziałów w strategicznych spółkach, choćby zbrojeniowych, ale jednocześnie potrafi na nich wymóc np. zakaz eksportu do wybranych krajów. Za Atlantykiem aparat administracyjny jest na tyle silny, że jest w stanie wymusić swoją wolę na podmiotach prywatnych. Przykładem tego choćby pocenie się szefa Facebooka Marka Zuckerberga na publicznych przesłuchaniach po ujawnieniu afery z Cambridge Analytica.

Magazyn DGP 13 września 2019

Magazyn DGP 13 września 2019

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Z kolei w Niemczech państwo i poszczególne landy posiadają mniejszościowe udziały w wielkich koncernach (np. 11,8 proc. udziałów w Volkswagenie czy 11 proc. w Airbusie), lecz pozostawiły sobie prawo do ingerencji w kwestiach strategicznych. O prawo do ich wetowania przedstawiciele VW i rządu spierali się nawet przed Trybunałem Sprawiedliwości UE – co istotne, TSUE przyznał, że rząd, mając jedynie mniejszościowy udział, może wstrzymać kluczowe decyzje w prywatnym zakładzie.

W Polsce w zarządzaniu spółkami Skarbu Państwa wciąż działa model „staszkowy” i w interesie żadnej partii nie leży jego zmiana. Choć, oczywiście, będąc w opozycji, zapowiadają uregulowanie problemu, to jednak po przejęciu władzy szybko o tym zapominają. Po latach bezowocnych zapowiedzi, że do zarządów spółek przestaną trafiać partyjni nominaci, trudno być w tej kwestii optymistą. A patrząc na politykę rządu PiS, takich intratnych synekur zapewne będzie w najbliższym czasie przybywać.