Waszyngton i Pekin dały sobie kwartał na dogadanie się w kwestii handlu. Pytanie brzmi, na jakie ustępstwa gotowe jest Państwo Środka.
Chiny i USA chcą wyciszyć trwającą od roku konfrontację handlową. W praktyce dogadanie się oznacza ustępstwa po stronie Chin w obszarach, co do których Amerykanie (i nie tylko oni) od dawna zgłaszają wątpliwości. – W naszej ekipie gospodarczej jest 100 proc. zgody, że to porozumienie musi być realne, a to znaczy: żadnych obietnic składanych na miękko. To ma być lista konkretnych działań i konkretnych dat, kiedy będą przeprowadzane – powiedział dziennikowi „Financial Times” Steven Mnuchin, sekretarz skarbu USA.
Na zachętę i jako wyraz dobrej woli prezydent Donald Trump odłożył następną turę podwyżek ceł na towary sprowadzane z Chin do USA. Wraz z nowym rokiem stawka na kolejną partię dóbr, których import do Stanów Zjednoczonych ma roczną wartość ok. 200 mld dol., miała wzrosnąć z 10 do 25 proc. W ramach pierwszej rundy rząd USA obłożył import chińskich towarów o wartości 50 mld dol. 25-procentowym cłem. Ten proces zakończył się w drugiej połowie sierpnia.
Reklama
Po zakończeniu drugiej rundy amerykańskie cła obejmowałyby więc chińskie towary o wartości 250 mld dol., czyli niewiele mniej niż połowę tego, co przedsiębiorstwa z Państwa Środka wysyłają na drugi brzeg Pacyfiku. To oznacza, że nawet gdyby Pekin zdecydował się na cła odwetowe na dobra o podobnej wartości, pokryłby nimi całość swojego importu z USA, podczas gdy Trump wciąż miałby gigantyczne pole manewru.
Ta dysproporcja nie była jedynym powodem, dla którego Pekin wrócił do rozmów przerywanych w tym roku już kilkakrotnie. Kolejnym jest chęć podtrzymania wzrostu gospodarczego, który wciąż słabnie. Międzynarodowy Fundusz Walutowy niedawno obniżył prognozę dynamiki PKB dla Chin z 6,4 do 6,2 proc. Wiele wskazuje też na to, że wzrost chińskiego eksportu w tym roku pierwszy raz od dekad będzie mniejszy niż 10 proc. Pekin więc robi, co może, żeby koniunktura nie zgasła. W tym roku ogłoszono już dwie obniżki podatków. Zmniejszono też wysokość obowiązkowych rezerw dla banków – aby pobudzić akcję kredytową.

Reklama
Otwarte jednak pozostaje pytanie, na jakie ustępstwa będą gotowi Chińczycy w targach z Waszyngtonem. Wiele obszarów, w których Amerykanie domagają się zmian, jest postrzeganych w Pekinie jako przyczyniające się do rozwoju państwa. Chodzi m.in. o wymuszanie transferów technologii na zagranicznych podmiotach, które chcą prowadzić działalność na terenie Państwa Środka, ograniczony dostęp do chińskiego rynku usług czy szpiegostwo przemysłowe w cyberprzestrzeni.
Kombinacja tych (i wielu innych) czynników sprawiła, że Chiny tak szybko się rozwijały, więc ich władzom trudno będzie zrezygnować ze wszystkich naraz. Tym bardziej że zbliża się 40. rocznica pierwszych reform gospodarczych zaprowadzonych za Deng Xiaopinga. Dla jednych członków kierownictwa Komunistycznej Partii Chin może to stanowić doskonałą okazję do szerszego otwarcia Państwa Środka. Dla innych może być pretekstem do tego, aby trzymać się dotychczasowej ortodoksji.
Pekin z uwagą śledził też wyniki innych konfliktów handlowych, jakie wszczął Donald Trump, a więc utarczki z Unią Europejską oraz Kanadą i Meksykiem w ramach Północnoamerykańskiego Układu o Wolnym Handlu. Na obu frontach lokator Białego Domu ogłosił zwycięstwo. Problem polega na tym, że w obu przypadkach ustępstwa partnerów USA nie były aż tak duże, jak wskazywałaby na to retoryka prezydenta. Chińscy dyplomaci z pewnością wyciągnęli z tych potyczek wnioski i dokładnie ważą każde ustępstwo, szukając optymalnego zestawu, który pozwoli Trumpowi zakończyć konflikt w glorii triumfu.
Larry Kudlow, główny doradca ekonomiczny prezydenta Trumpa, zadeklarował na przykład, że amerykańskie firmy po raz pierwszy w historii będą mogły posiadać większościowe udziały w spółkach na terenie Chin. To znacząca nowość (dotychczas podmioty zagraniczne mogły objąć najwyżej 49 proc.), która jednak realnie niewiele może zmienić, o ile wejście na chiński rynek wciąż będzie oznaczało konieczność założenia spółki joint venture z lokalnym partnerem i transferu technologii.
Co więcej, takie rozwiązanie może się okazać mieczem obosiecznym. Mogłoby to bowiem zostać odczytane jako zachęta w drugą stronę, czyli do przejmowania amerykańskich spółek przez firmy z Państwa Środka. I chociaż teoretycznie chiński kapitał nie ma ograniczeń w inwestowaniu na amerykańskim rynku, w praktyce fala przejęć zostałaby w USA bardzo źle przyjęta (Amerykanie mają już takie doświadczenia z japońskim kapitałem z lat 80. i 90.).
Jest jeszcze jeden czynnik, który może grać rolę w rozmowach między Waszyngtonem a Pekinem: Bruksela. Otwarte pozostaje pytanie, czy ustępstwa wobec amerykańskich firm obejmą również europejskie podmioty. Portal Politico powoływał się niedawno na unijnych dyplomatów, którzy obawiali się, że Amerykanie chcą po prostu zagarnąć jak najwięcej dla siebie bez oglądania się na partnerów. Nawet jeśli faktycznie tak wygląda strategia waszyngtońskich negocjatorów, Pekin musi brać pod uwagę także interesy swojego największego partnera handlowego.