Po raz drugi biorę udział w akcji „Nie ma przyszłości bez przedsiębiorczości”, w której przedsiębiorcy i menedżerowie wcielają się w dziennikarzy, aby podzielić się z czytelnikami Dziennika Gazety Prawnej swoimi poglądami o gospodarce. Wypada więc na wstępie podziękować DGP za danie nam tej szansy i podkreślanie ważnej roli przedsiębiorczości w życiu społeczeństwa. Obawiam się jednak, że nawet szlachetna akcja nie zmieni faktu, że gospodarka nie jest tak interesującym tematem jak życie gwiazd czy choćby polityka.

Postaram się mimo wszystko, jako amator dziennikarz, a w dodatku przedstawiciel branży, która dla przeciętnego Polaka jest mało znana i – czego obawiam się – jeszcze mniej interesująca, zabawić państwa moim felietonem.

W świecie, gdzie najdłuższe czytane teksty mają coraz częściej, jak na Twitterze, 280 znaków, a uwagę ludzi, także tych czytających, można przykuć tylko za pomocą fajerwerków, postanowiłem opowiedzieć państwu bajkę. Będzie to baśń o Śpiącej Królewnie.

Inspiracją do napisania tego tekstu jest niedawna, kolejna zresztą, „zmiana warty” w zarządzie Polskiej Grupy Zbrojeniowej (PGZ). Warto zainteresować tym państwa nie tylko ze względu na PGZ, która jest największym przedsiębiorstwem przemysłu obronnego w naszej części Europy, ale także ze względu na rolę tej firmy w polskiej gospodarce. Warto podkreślić, rolę niewykorzystaną, zresztą tak samo jak całego potencjału polskiego przemysłu obronnego, do którego zalicza się też PZL-Świdnik. Ale o tym później…

Teraz wracam do inspiracji, czyli faktu, że po mianowaniu Witolda Słowika na stanowisko prezesa PGZ, a kilka dni później Sebastiana Chwałka na jego zastępcę, w mediach branżowych głos zabrali dwaj byli prezesi PGZ, doradzając nowemu zarządowi, co trzeba zrobić. To właśnie ta sytuacja przypomniała mi „Śpiącą Królewnę”, baśń autorstwa Charles’a Perraulta. Na chrzcie nowo narodzonej królewny pojawiły się bowiem wróżki z darami… niczym byli prezesi PGZ ze złotymi radami. Pomyślałem wówczas: ja też „jako były” powinienem się wtrącić. Ale w czym jeszcze przypominamy owe wróżki, a raczej jedną z nich?! W tym mianowicie, że żaden z nas na przyjęcie nie został zaproszony i nikt prezentów od nas nie oczekuje! Dodam też, że każdy z nas – poprzedników miał swój czas i swoje szanse, a jeśli naprawdę zależy nam na przekazaniu wartościowych darów nowemu zarządowi PGZ, to powinna być to raczej lista naszych błędów, aby nowi nie uczyli się na własnych, bo to zawsze najbardziej boli, najdłużej trwa i grozi ukłuciem się wrzecionem.

Nie zamierzając wpisywać się w chór wróżek radzących, jak się nim ukłuć, powiem tyle: kilka przedsięwzięć nie wyszło, na kilka pomysłów po prostu nie wpadłem bądź nie starczyło mi czasu i umiejętności na ich zrealizowanie.

Żałuję, że nie udało się przybliżyć centrali grupy (wtedy Bumar i PHO) do prawdziwego przemysłu lub wręcz ją z tym przemysłem połączyć. Pamiętajmy, że im dalej centrala oddalona jest od działalności przemysłowej i biznesowej, tym trudniej zarządzać efektywnie spółkami, tym mniejsza jest świadomość pracowników w Warszawie, z czego naprawdę żyją, i tym mniejsza jest szansa na prawdziwy sukces eksportowy.

Żałuję też, choć to nie moja wina, sposobu powołania PGZ w 2014 r., ale nie samej konsolidacji. Odbyło się to w sposób pokrętny i nieprawidłowy (co zresztą skrytykowała NIK), obiecując zbuntowanym spółkom, że powołany konsolidator będzie miał w stosunku do nich małą siłę sprawczą, ograniczającą się do nadzoru właścicielskiego. Ten grzech pierworodny do dziś utrudnia każdemu zarządowi PGZ możliwość realizacji skonsolidowanej strategii biznesowej. Prowadzi to do kuriozalnych przypadków braku koordynacji. Przykładem niech będzie zaproszenie do udziału w dialogu technicznym dotyczącym modernizacji śmigłowców Sokół, na które odpowiedziało konsorcjum PZL-Świdnik, PGZ, WZL 1 i ITWL, natomiast dwie spółki należące do PGZ złożyły oddzielnie (!) swój akces do programu. I nie jest to, jak wiedzą czytelnicy zorientowani w temacie, jedyny przykład tego rodzaju samowoli.

Dziś życzę nowemu zarządowi PGZ umocnienia roli grupy zarówno w Polsce, jak i za granicą. Życzę szczerze, bo mocna PGZ może i powinna być naturalnym liderem polskiego przemysłu obronnego, do której inne firmy z branży powinny się odnosić i z którą powinny współpracować. Jest to dla nas – jako PZL-Świdnik – spółki, która funkcjonuje w ramach globalnej grupy Leonardo, zupełnie oczywiste. Posiadanie silnego partnera krajowego to szansa na łączenie wielu wspólnych i przekrojowych projektów. Grupa Leonardo to nie tylko – choć w Polsce przede wszystkim – śmigłowce. Leonardo ma długą historię kooperacji z Polską w zakresie radarów, wież do transporterów opancerzonych Rosomak, współpracy kosmicznej, a także dostaw samolotów szkoleniowych M-346 Master. Dziś PGZ oraz Leonardo może łączyć współpraca przy produkcji nowych śmigłowców lub modernizacja tych maszyn. Bardzo interesującym projektem wydaje się wspólna budowa nowego europejskiego śmigłowca bojowego AW249.

Jestem pewien, że PGZ ma dziś niepowtarzalną okazję zbudowania silnego podmiotu gospodarczego służącego obronności, ale też gospodarce, przy tak wytężonym wysiłku polskiego rządu na rzecz umacniania bezpieczeństwa naszego kraju. Skala wydatków MON na modernizację armii i przyszły budżet przeznaczony na tę działalność jest bezprecedensowy w historii ostatnich 30 lat. Rezultatem tego wysiłku powinien być nie tylko zakup nowoczesnego sprzętu dla Wojska Polskiego, ale też przemysł obronny na miarę naszych narodowych ambicji. Przemysł ten powinien promieniować innowacyjnymi rozwiązaniami także na cywilną sferę gospodarki, a jest to oczywiście możliwe zwłaszcza w sektorze elektroniki czy w lotnictwie. W tym kontekście i my możemy pochwalić się sukcesem: dwa śmigłowce konstrukcji PZL-Świdnik projektowane jako maszyny wojskowe znalazły swoje miejsce również na rynku cywilnym.

PGZ posiada ogromny potencjał, czekający na wykorzystanie, jak nasza tytułowa Śpiąca Królewna. Oby nowy zarząd był w stanie obudzić ten potencjał z korzyścią dla samej grupy, jej pracowników i polskiej gospodarki.