Szczyt odbywa się w momencie, w którym dotychczasowe paradygmaty globalnej gospodarki zaczynają się kruszyć. Świat, do którego Europa przywykła, rozpada się na strefy wpływów. Dostęp do surowców, energii, technologii, rynków i wykwalifikowanej siły roboczej przestaje być oczywistością, a staje się funkcją siły i zdolności do działania. To moment, w którym również Europa musi porzucić trwanie w okopach myślowych.

Liczby nie pozostawiają złudzeń. Raport Deloitte pokazuje 42-procentowy wzrost obciążenia regulacyjnego w ciągu ostatnich pięciu lat oraz nadsubskrypcję Funduszu Innowacyjnego przekraczającą 500%, co jasno wskazuje na problem z finansowaniem inwestycji. Aż 83% wskaźników konkurencyjności monitorowanych w ramach Deklaracji Antwerpskiej nie uległo poprawie lub uległo pogorszeniu. To nie jest cykliczne spowolnienie. To sygnał głębokiego osłabienia europejskiej gospodarki.

Najbardziej bezpośrednim i namacalnym ciężarem pozostają koszty energii oraz system cen emisji CO₂. W obecnym kształcie ETS przestał być wyłącznie instrumentem transformacji – stał się czynnikiem erozji konkurencyjności. Planowana w tym roku rewizja ETS to ostatni dzwonek, by zdecydować, czy Europa chce utrzymać przemysł u siebie, czy pogodzić się z jego postępującą relokacją.

Drugim problemem jest przekonanie, że regulacje są w stanie zaklinać rzeczywistość. Efekt jest dobrze znany: z jednej strony ambitne deklaracje polityczne o suwerenności przemysłowej i projektach strategicznych, z drugiej – urzędnicze decyzje i bezkompromisowe wymogi regulacyjne, które uniemożliwiają ich realizację. Jeśli działania i projekty uznane za strategiczne nie mogą ruszyć, to znaczy, że między słowami a czynami powstała przepaść, którą trzeba zasypać.

Trzeci element to pieniądz – europejski pieniądz, który nie pracuje dla Europy. Rynek zamówień publicznych w Unii Europejskiej odpowiada za około 12–14% PKB, czyli 2–2,5 biliona euro rocznie. To największy pojedynczy instrument popytowy, jakim dysponuje Unia, a jednocześnie narzędzie, które dziś w minimalnym stopniu wykorzystywane jest strategicznie. Równolegle – jak wskazywał Mario Draghi – 10–11 bilionów euro oszczędności Europejczyków pozostaje zamrożonych na niskooprocentowanych rachunkach lub trafia na rynki amerykańskie, często pośrednio finansując przejęcia innowacyjnych firm w Europie przez podmioty z USA, które wykorzystują te środki do budowania własnej przewagi technologicznej.

To zestawienie mówi samo za siebie: mamy pieniądze, ale systemowo nie są one uruchamiane na rzecz europejskiego przemysłu, innowacji i bezpieczeństwa gospodarczego. Rynek zamówień publicznych jest naturalnym polem testowym dla koncepcji preferencji europejskiej. Nie chodzi o zamykanie rynku ani o prostacki protekcjonizm, lecz o takie kształtowanie kryteriów – również pozacenowych – aby publiczny popyt wzmacniał europejskie łańcuchy wartości, produkcję, innowacyjność i miejsca pracy, zamiast pozostawać bezbronnym wobec globalnej konkurencji.

Oczywiście wprowadzenie preferencji europejskich wymaga ostrożnego, sektorowego podejścia. Zbyt skomplikowane kryteria grożą paraliżem, zbyt proste – ryzykiem niedoborów, wzrostem kosztów lub faworyzowaniem wąskiej grupy podmiotów. Te ryzyka są realne i muszą być uwzględnione. Nie mogą jednak stać się wymówką dla bezczynności, zwłaszcza że inne gospodarki od lat stosują lokalne preferencje jako jedno z kluczowych narzędzi polityki przemysłowej. Publiczny popyt powinien działać jak amortyzator wyzwań, przed którymi stoi europejska gospodarka.

Świat aktywnie wspiera własne gospodarki. Europa nie może pozostać jedynym graczem, który wierzy, że sama otwartość wystarczy. Otwartość trzeba pogodzić z mądrą, pragmatyczną polityką przemysłową. To właśnie ten dylemat – i sposób jego rozwiązania – będzie wyznaczał oś europejskiej debaty politycznej w tym roku.

Spotkania w Antwerpii i Alden Biesen nie rozwiążą wszystkich problemów. Ale muszą być momentem, w którym Europa przestanie udawać, że stare reguły wciąż działają – i zacznie używać narzędzi, które ma w ręku.

Bartek Czyczerski
Autor jest Prezesem Business & Science Poland największej polskiej organizacji biznesowej w Brukseli reprezentującej ponad 20 sektorów polskiej gospodarki i 280 tys. miejsc pracy