Ministerstwo Finansów chce jeszcze w tym roku zebrać pieniądze na sfinansowanie co najmniej 20 proc. przyszłorocznych potrzeb pożyczkowych. Dlaczego tak dużo?

Na styczeń przyszłego roku przypada ponad 20 proc. całorocznych potrzeb pożyczkowych, w tym wykup obligacji o pierwotnej wartości ponad 23 mld zł. Na pierwsze dwa miesiące 2013 r. przypada również 65 proc. naszego całorocznego zapotrzebowania na waluty, co w dużej mierze wynika z wykupu na początku lutego obligacji o wartości 3 mld euro. Czy w tej sytuacji plan prefinansowania na poziomie 20 proc. to dużo? Naszym zdaniem to, że planujemy prefinansowanie w co najmniej w takiej skali, wynika z chęci zapewnienia optymalnego bezpieczeństwa finansowania potrzeb pożyczkowych na początku roku.

Ministerstwo sprzedawało ostatnio obligacje w dolarach i euro. To też na poczet przyszłorocznych potrzeb pożyczkowych?

Tak – to efekt naszego zapotrzebowania na waluty na początku przyszłego roku. Do tego czasu środki te zabezpieczają nas na wypadek nieprzewidzianych perturbacji na rynkach finansowych.

Będą kolejne emisje zagraniczne w tym roku?

Mamy komfortową sytuację, jeśli chodzi o finansowanie naszych potrzeb w walutach obcych. Ale nie możemy wykluczyć naszej obecności na rynku zagranicznym na przełomie tego i przyszłego roku. Działamy tu bardzo elastycznie, jesteśmy w kontakcie z inwestorami. Kluczowe będą bieżące warunki rynkowe i perspektywy zmian tych warunków. Decyzję w sprawie takiej emisji możemy podjąć bardzo szybko – praktycznie z dnia na dzień.

Przed nami trudny rok. Nie obawia się pan, że popyt na polski dług się zmniejszy?

Trudno znaleźć przesłanki uzasadniające problemy z popytem na polskie papiery skarbowe. To raczej pytanie o strukturę tego popytu i cenę papierów. Jesteśmy elastyczni w naszej polityce emisyjnej. Dostosowujemy się do sytuacji rynkowej, oferując te papiery, które są najbardziej efektywne dla nas w danym momencie. Ta efektywność zazwyczaj jest pochodną wysokości popytu zgłaszanego przez inwestorów na dany papier. Na przykład: skoro wiemy, że znaczna część obligacji krajowych zapadających na przełomie tego i przyszłego roku jest w rękach zagranicznych inwestorów, to możemy zrezygnować z przetargów zamiany – którymi zagranica się sporadycznie interesuje – i sprzedać obligacje na zwykłych aukcjach. Tak jest bardziej efektywnie i dla większości inwestorów, i dla nas. Słuchamy głosu rynku.

Rentowność naszych obligacji będzie nadal spadać?

Dziś inwestorzy poszukują emitentów o dużej wiarygodności kredytowej. Polska spełnia to kryterium, a do tego oferuje wyższe stopy procentowe niż inni. Wyróżniamy się na tle innych krajów. I dlatego jesteśmy w pewnym sensie beneficjentem luzowania ilościowego prowadzonego przez Fed i Europejski Bank Centralny. Dostarczanie płynności przez oba banki będzie miało wpływ na poziom rentowności. Jeśli utrzymamy wzrost gospodarczy i nie zejdziemy z drogi konsolidacji fiskalnej, to jesteśmy skazani na sukces. Nie będę próbował wyznaczać żadnych docelowych poziomów rentowności, ale w przypadku obligacji o dłuższych terminach zapadalności jest jeszcze potencjał do ich spadku. Rentowność krótszych obligacji jest silniej powiązana ze stopami NBP.

Czy Polska będzie zabiegać o przedłużenie FCL, czyli elastycznej linii kredytowej z Międzynarodowego Funduszu Walutowego? Umowa w tej sprawie wygasa na początku przyszłego roku.

Ministerstwo Finansów chciałoby przedłużyć umowę na kolejne dwa lata. Za wcześnie, by mówić, o jaką kwotę będziemy zabiegać.

Jak pan ocenia skuteczność tego narzędzia? Warte jest swojej ceny?

Inwestorzy analizują, czy emitent ma jakieś zabezpieczenie swoich potrzeb pożyczkowych w sytuacji radykalnego pogorszenia sytuacji na rynku. My mamy dwa. Pierwsze to krótkoterminowa nadpłynność banków, rzędu 100 mld zł. To zabezpieczenie zadziałało w 2008 r., gdy inwestorzy zagraniczni wycofywali się z Polski. Drugie to FCL. On daje nam możliwość sfinansowania ok. dwóch trzecich przyszłorocznych potrzeb pożyczkowych w przypadku całkowitego zamknięcia rynków. Ten argument mocno przemawia do inwestorów, wpływając na ich ocenę ryzyka inwestowania w Polsce.

Dlaczego ministerstwo w tym roku jest dużo mniej aktywne na rynku walutowym?

Odpowiedź jest prosta: nie ma obecnie ekonomicznego sensu tworzenia przesłanek, które by umacniały złotego. Złoty jest z trendzie aprecjacyjnym, stąd od pewnego czasu wymieniamy więcej walut w banku centralnym, a nie na rynku.