Jak pan ocenia propozycję prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego, by niewykorzystane fundusze strukturalne z budżetu UE przesuwać na walkę z bezrobociem?

Jeśli niewykorzystane środki stworzą nowy instrument walki z bezrobociem w całej UE – zgoda. Nie ma problemu, o ile faktycznie chodziłoby o niewykorzystane środki i nie stwarzano by dodatkowych barier utrudniających konsumpcję funduszy.

Ryzyko polega jednak na tym, że Francja najpierw powie: zajmijmy się niewykorzystanymi środkami, a następnie doda, że skoro tyle pieniędzy jest niewykorzystanych, to najlepiej będzie zacząć ciąć fundusze strukturalne. W myśl takiej logiki działa Paryż.

Owszem. Ale w Unii mamy do czynienia z coraz lepszym wykorzystaniem funduszy. Oczywiście sam pomysł dotyczący niewykorzystanych środków jest argumentem dla zwolenników cięć.

Czy próbuje się łączyć negocjacje budżetowe z kryzysem zadłużenia w strefie euro?

Nie ma bezpośredniego związku, ale jest pośredni, niekorzystny. To ogólny klimat oszczędności, który skłania do oszczędzania na Europie.

Jaki wpływ na nowy budżet UE może mieć bankructwo Grecji?

Dokonuje się takich analiz na wszelki wypadek. Robią je i korporacje, i kraje, i banki, które szykują się na taką ewentualność, o której oficjalnie milczą liderzy Europy. Bankructwo Grecji byłoby powiększeniem chaosu i utrudniłoby negocjacje. Najnowszym utrudnieniem negocjacji jest frustracja PE z powodu paktu fiskalnego, który nie wiadomo dlaczego nazwano traktatem, a który nie tylko jest niekorzystny dla krajów spoza strefy euro, ale i dla PE, który w nowszych wersjach traci znaczenie. To zapowiedź wojny między instytucjami.

Jakie jest stanowisko Komisji Europejskiej w sprawie paktu fiskalnego?

Jest w oczywisty sposób zainteresowana maksymalną rolą istniejących instytucji unijnych, a nie mnożeniem nowych. Dlatego zauważa, że zapisy o tymczasowości porozumienia i włączenia go do traktatów ostatnio zniknęły. To nas niepokoi. Jedyna nadzieja w tym, że na razie dyskusja toczy się na poziomie eksperckim, a decyzje powinny zapaść na szczeblu politycznym podczas najbliższego szczytu UE. Jest szansa, że ostateczna wersja będzie bliższa tej z grudnia i ograniczy się do spraw fiskalnych. To ważne, bo w kolejnym projekcie umowy pojawił się artykuł, który sygnalizuje gotowość zajmowania się wszystkim, co ma związek ze stabilnością waluty. To zaś bardziej kojarzy mi się z aktem założycielskim nowej wspólnoty, wkraczającej na tereny zastrzeżone dla traktatów, obowiązujących 27 krajów. I w tym tkwi spore niebezpieczeństwo. Sęk w tym, że kraje zagrożone finansowo mogą być spolegliwe wobec dyktatu najsilniejszych, rozpaczliwie potrzebując pomocy.

Paryż i Berlin przejmują po prostu role instytucji unijnych, które nie sprostały zadaniu walki z kryzysem.

Inne kraje mają prawo czuć się urażone, że się przyjeżdża na szczyty unijne z receptą wypracowaną między Berlinem a Paryżem. Wszyscy rozumieją, że Niemcom jest potrzebne swoiste instytucjonalne alibi, nazwane paktem fiskalnym, by usprawiedliwić swoją gospodarczą współodpowiedzialność za losy Europy. Tyle że pakt, który był pomysłem niemieckim, teraz jest nasycony treścią francuską. Rozumiem pretensje i PE, i krajów, które chciałyby być traktowane partnersko. Zasadniczą sprawą jest obrona istniejących instytucji.

Wracając do oszczędności. Czy są pokusy, by ciąć wydatki w dwóch ważnych dla Polski sektorach: funduszach strukturalnych i polityce rolnej?

Polska powinna być świadoma, gdzie jest największe ryzyko cięć. Ja mogę tylko podpowiedzieć, że powszechnie broniona jest, i to nawet przez płatników netto – co jest paradoksem – polityka rolna. Atakowana jest natomiast polityka spójności, a argumentów dostarczają kraje, które nie radzą sobie z wydatkowaniem funduszy.

Jaki jest trend w rozmowach o budżecie po 2013 roku? Na ile kryzys zadłużenia zagroził projektowi komisji?

Nad rozmowami wisi nie tylko cień kryzysu. Dochodzi do tego pakt fiskalny, który jeszcze bardziej dzieli Unię i frustruje Parlament Europejski. To są okoliczności, które psują klimat zaufania i utrudniają zgodę. W fazie rozgrzewki, którą polska prezydencja prowadziła w drugim półroczu 2011 roku, słyszalne były trzy głosy. Po pierwsze, głos zwolenników cięć budżetowych, pod batutą Francji, która wyręczyła w tej roli Anglię. Drugi głos należał do krajów niezadowolonych z ograniczenia funduszy spójności, co dotkliwie odczuwają Węgry i kraje bałtyckie. No i dochodziło lobby rolne, zabiegające o większy budżet, ale podzielone na tych, którzy chcieliby większego wyrównania dopłat bezpośrednich i tych, którzy się temu sprzeciwiają.

Jakie jest dziś stanowisko płatników netto?

Spodziewam się, że dojdą do głosu i to dobitnie, na Radzie ds. Ogólnych, zaplanowanej na koniec stycznia. Wtedy po raz pierwszy wielkość budżetu stanie na agendzie. Wcześniej usłyszę opinie wyrażane w Parlamencie Europejskim. PE chce solidnego budżetu wspólnotowego, płatnicy netto odwrotnie.

Jakie ma pan rady dla polskiego rządu przed rozpoczęciem negocjacji o budżecie?

Skoro wiadomo, że Polska nie musi być na pierwszej linii obrony polityki rolnej, a wyrównanie dopłat dla rolników jest absolutnie nierealne, bo sprzeciwiają się temu ci, którzy dopłacają do budżetu, to wypada skupić się na obronie polityki spójności – bo to jest polityka rozwojowa, zasypująca różnice w Europie.