Tuż przed weekendem dziewięciu krajom strefy euro zostały obniżone ratingi. Czy zbliża się przesilenie w kryzysie zadłużeniowym?

Myślę, że nie, bo obniżenie ratingów było od dawna spodziewane. Widzę za to znaczący wymiar polityczny. Zmienia się postrzeganie państw w Europie. Niektóre kraje tracą na znaczeniu, a inne zyskują. W tej drugiej grupie jesteśmy my. Prawie połowa krajów strefy euro ma ratingi niższe lub równe naszemu. Jeszcze dwa lata temu byłoby nie do pomyślenia, że np. Włochy są gorzej oceniane niż nasz kraj. Żadna agencja nie tylko nie obniżyła nam ratingu, lecz także niewykluczone, że w tym roku rating zostanie nam podwyższony przez jedną z agencji. Mam wrażenie, że wiarygodność Polski jawi się jak skała. To dowodzi, jaką drogę przeszliśmy podczas tych trudnych czterech lat. Utrzymujemy najwyższy w całej Unii (i to z dużą nadwyżką) wzrost gospodarczy. Nadrobiliśmy jedną czwartą dystansu dzielącego nas od unijnej średniej pod względem przeciętnego PKB na głowę mieszkańca.

Ale jednocześnie podważana jest wiarygodność agencji ratingowych. Na przykład niemiecki minister spraw zagranicznych twierdzi, że warto powołać europejskie agencje ratingowe.

Problemem nie jest pochodzenie największych agencji, ale przypisana ratingom specjalna rola w systemach prawnych Unii i niektórych krajów. Agencje mają przez to swoistą funkcję publiczną. To należy zmienić, a nie tworzyć kolejną, państwową, agencję ratingową.

Dla tych agencji – i nie tylko dla nich – głównym problemem Europy jest kryzys zadłużeniowy. Jak go przezwyciężyć?

Obecnie ważna jest aktywna polityka Europejskiego Banku Centralnego. Zresztą od ostatniego szczytu Unii można powiedzieć, że EBC jest na dobrej drodze. Mam na myśli dostarczanie trzyletniej płynności bankom na nieograniczoną skalę. Banki zgłosiły się po prawie 500 mld euro rocznie. Dobrze, aby ta akcja była kontynuowana. EBC powinien też zaangażować się w problem zadłużenia Hiszpanii i Włoch, ustabilizować popyt na ich papiery na rynku wtórnym. Należy też położyć większy nacisk na reformy strukturalne, a nie tylko na oszczędności budżetowe. Tu sporą rolę ma do odegrania Międzynarodowy Fundusz Walutowy. To także, w dużej mierze, już się dzieje.

Tylko że w tym ratowaniu Europy miejsce Polski może być raczej marginalne. Naszemu krajowi i innym państwom spoza strefy euro nie udało się zagwarantować miejsca w negocjacjach dotyczących na przykład szczegółów paktu fiskalnego.

Tak nie jest.

Udało się zagwarantować?

Oczywiście. Jesteśmy przy tym stole i negocjujemy ten pakt. W obecnej wersji projektu paktu nie ma tego, co postulujemy, czyli obecności krajów, które nie są w euro, na szczytach strefy w formule bez głosowania. Ale przy negocjowaniu samego paktu jesteśmy.

A zostaniemy uczestnikami szczytów strefy euro?

Będziemy się przy tym upierali. To jest kluczowe.

Dla Polski równie kluczowa jest sytuacja finansów publicznych. Na razie Bruksela nas chwali, przynajmniej za plan, który realizujemy. Co pan chce osiągnąć?

Przy zakładanym wzroście gospodarczym Polski na poziomie 2,5 proc. nasz deficyt wyniesie 3,3 proc. PKB według Komisji. Zlikwidujemy zatem nadmierne zadłużenie. Zresztą według naszych obliczeń będzie to trochę poniżej 3 proc. Półtora roku temu większość ekonomistów uważała, że idziemy w kierunku katastrofy finansów publicznych. Myśmy pokazali, że można uzdrawiać finanse bez drastycznych cięć. Pokazuje to, że takie stopniowe reformy mogą być skuteczne nawet w tak trudnych warunkach światowego kryzysu.

Idzie pan na wojnę z samorządami, które mają być zmuszone do obcięcia wydatków. Czy ten konflikt uda się szybko zażegnać?

Myślę, że da się zażegnać. Problem dotyczy sposobu dzielenia na poszczególne samorządy deficytu na poziomie całego sektora oraz różnicy zdań między różnymi kategoriami samorządu.

Przedstawiciele władz lokalnych słusznie mówią, że odgrywają znaczną rolę w konsumowaniu środków UE, ale jeśli nie zmniejszymy deficytu sektora publicznego, to grozi nam utrata tych właśnie środków unijnych. Zresztą zobowiązaliśmy się wobec Komisji Europejskiej, że wprowadzimy odpowiednią regułę ograniczającą deficyt samorządów.

Można jednak wyliczyć inne sposoby ratowania finansów publicznych. Podwyżki podatków, VAT, składka rentowa, podatek od kopalin, w tle podatek bankowy...

Nie przewidujemy dalszych podwyżek. W ciągu dwóch lat zmniejszamy deficyt sektora publicznego o 70 mld zł. Tylko 30 proc. to obciążenia podatkowe.

Fundacja FOR Leszka Balcerowicza wyliczyła, że aż 80 proc.

To bzdura, która polega na założeniu, że zmniejszenie składki do OFE jest dodatkowym podatkiem i że wyższe dochody wynikające z tego, iż więcej ludzi pracuje na skutek reformy emerytur pomostowych, jest „podwyższeniem podatków”.

Wywiad jest zapisem rozmowy z cyklu: Salon Ekonomiczny „Trójki” i „Dziennika Gazety Prawnej”