statystyki

Druga odsłona e-handlu: firmy zachęcają do kupowania pod wpływem impulsu lub rady znajomych z Facebooka

autor: Jędrzej Bielecki04.06.2011, 03:00

Jeszcze do niedawna zakupy w internecie były bardzo przemyślane, a pieniądze wydawano z rozwagą. Dziś firmy zachęcają do kupowania pod wpływem impulsu lub rady znajomych z Facebooka.

reklama


reklama


Handel w internecie rozwija się błyskawicznie na całym świecie. W tym roku tylko Polacy powinni wydać w ten sposób prawie 18 mld zł, o 35 proc. więcej niż w ubiegłym. Czy nadciąga koniec tradycyjnego handlu?

E-handel czeka w nadchodzących latach szybka ekspansja. Ale nigdy nie zniszczy tradycyjnego handlu. I to z bardzo prozaicznego powodu – wciąż lubimy rzeczy przed kupieniem dotknąć, obejrzeć, poczuć w dłoniach. Sądzę, że w skali świata internetowy handel nie przejmie więcej niż 25 proc. obrotów wszystkich towarów i usług.

W jakich sektorach e-handel będzie miał największe trudności z przebiciem się?

Istnieją trzy typy takich towarów. Przede wszystkim te, przy których zakupie ważna jest cała otoczka, prestiż, a nie tylko sam produkt. To dobra oraz usługi luksusowe, jak samochody Jaguara, torebki Prady czy zegarki Cartier. W tym wypadku zakup ma być przyjemnością, przynosić satysfakcję, wręcz dumę. Takich uczuć klikanie myszką nie dostarczy.

Drugim typem są produkty, które najlepiej przed kupnem przymierzyć, jak choćby ubrania. Co prawda w Stanach Zjednoczonych firma Zappos zdołała zbudować największy na świecie internetowy sklep z obuwiem (oferuje aż 50 tys. modeli), jednak kosztem wielkich wydatków na rozwój działu telefonicznej obsługi klienta oraz działu reklamacji. By przyciągnąć ludzi, zobowiązała się do wymiany obuwia na inną parę w ciągu doby. Ich sukces jest raczej wyjątkiem niż regułą. Ostatnia kategoria to produkty codziennego użytku. W Kanadzie są np. portale oferujące sprzedaż najzwyklejszych bułek czy mleka. Można złożyć zamówienie przed wyjazdem na działkę i po wyjeździe za miasto odebrać towar po drodze w lokalnym sklepiku. Ale na co dzień znacznie prościej jest zrobić zakupy po pracy czy przed nią, niż zamawiać je przez internet.

Można jakoś przebić się przez te ograniczenia?

Firmy stawiają na coraz popularniejsze urządzenia przenośne. Od lata zeszłego roku liczba transakcji dokonywanych za pośrednictwem smartfonów wzrosła w USA o 7 tys. proc. Sklepy przygotowują więc wersje stron przystosowane specjalnie do wyświetlania na ekranach telefonów komórkowych. Koncerny zauważyły też, że coraz częściej klienci dokonują zakupów pod wpływem impulsu, bo akurat idąc ulicą, zobaczyli fajny ciuch i chcą sobie kupić taki sam przez internet, albo do jakiegoś zakupu namówiła ich koleżanka. Firmy muszą szybko opracować nową strategię, bo wcześniej w e-handlu zdecydowanie dominowały zakupy bardzo przemyślane, robione na chłodno, pieniądze wydawano z rozwagą. Zdaniem Google’a w ciągu 3 lat transakcje przeprowadzone przez smartfony osiągną kwotę aż 630 mld dol. rocznie, wobec 6 bln dol. dla łącznych transakcji przeprowadzanych przez Visę i MasterCard.

Kolejny etap to zapewne wysyp nowych technologii informatycznych, np. geolokalizacji.

Cennym wynalazkiem dla e-handlu jest możliwość lokalizacji użytkowników mobilnego internetu. W powiązaniu z informacjami dostępnymi dzięki portalom społecznościowym sieci handlowe nie tylko wiedzą całkiem sporo o gustach i zainteresowaniach klientów, ale także o miejscu, w którym w danym momencie konkretna osoba się znajduje. Google pracuje nad programem pozwalającym na przesyłanie na telefon komórkowy informacji o mijanym sklepie, jego ofercie czy promocji.

Zresztą firma z Mountain View przewodzi rewolucji w e-handlu. Kilkanaście dni temu zaprezentowała technologię, dzięki której za zakupy będzie można płacić telefonami komórkowymi tak jak kartami zbliżeniowymi, po prostu przesuwając aparat nad czytnikiem. Najnowsza wersja ich systemu operacyjnego Android obsługuje technologię NFC (Near-Field Communication). Choć jeszcze niedawno najwięksi konkurenci Google’a twierdzili, że NFC jest zbędne, teraz zostali postawieni pod ścianą. Trzeba zwrócić uwagę na dwie liczby: Amerykanie 28 proc. czasu poświęconego mediom spędzają w internecie, podczas gdy do sieci trafia tylko 13 proc. budżetów firm reklamowych. Potencjał wzrostu dochodów z handlu elektronicznego i zysków z jego reklamowania jest więc przeogromny.

A portale społecznościowe? Czy nie staną się nowym orężem e-handlu?

Tylko w zeszłym roku nakłady na umieszczanie reklam na Facebooku skoczyły w USA o 100 proc., z 2 do 4 mld dol. Okazuje się, że dzięki temu kanałowi dostępu do rzesz promocja staje się o wiele skuteczniejsza niż dzięki telewizji czy prasie. Szczególnie efektywne jest przesyłanie informacji, że twój znajomy kupił jakąś płytę lub najnowszy model aparatu fotograficznego. Nawet zwykła reklama umieszczona na stronach serwisów społecznościowych może być bardzo skuteczna, bo odbiorcy mimowolnie traktują ją na równi z radami znajomych. Dlatego już teraz wartość tej części rynku reklamowego jest w USA większa niż reklam zamieszczanych w wyszukiwarce Google. Być może jednak największym zaskoczeniem stała się sprzedaż przez internet produktów całkowicie wirtualnych.

Czyli jakich?

Amerykańska firma Zynga zaoferowała internautom grającym w „Farmville” możliwość nabycia wirtualnej farmy, a następnie dokupowania wirtualnych krów, traktorów, budowy wirtualnej stodoły, produkcji wirtualnego mleka i hodowli wirtualnych krów. Początkowo darmo, ale by rozwijać farmę, trzeba płacić. I to chwyciło. Tylko w zeszłym roku Zynga osiągnęła ponad 850 mln dol. obrotów, w znacznym stopniu ze sprzedaży reklam na stronach, na których regularnie gra nawet 80 mln internautów. Tym śladem poszli inni. Zresztą samo mówienie o e-handlu staje się nieco anachroniczne, bo przekształca się on w świadczenie wyspecjalizowanych usług. Coraz częściej będzie można nie tylko kupić przez internet gotowy produkt, ale złożyć zamówienie na coś wykonanego specjalnie dla nas, choćby porcelanę czy dywan. Już teraz przy takich zajęciach pracuje 12 mln osób – głównie w Chinach i Indiach. Jedną z największych firm oferujących skonkretyzowane usługi stała się oDesk. Dwa lata temu zatrudniała 28 tys. pracowników, dziś niemal ćwierć miliona. Jej oferta jest bardzo szeroka: od ekspertyz prawnych oraz finansowych po zaprojektowanie hotelu czy przepisywanie rękopisu.

Gdzie handel elektroniczny ma jeszcze największe szanse rozwoju?

Przede wszystkim w usługach. Dobrym przykładem jest turystyka. W sieci działają potężni pośrednicy, jak Expedia, którzy wykorzystali to, że wiele hoteli nie potrafiło czy nie chciało zaprezentować swojej oferty online. Stali się więc tak wpływowi, że niemal całkowicie przejęli obsługę klientów, a sieci hotelowe straciły bezpośredni kontakt z nimi. Teraz próbują to nadrobić. Nie tylko uruchamiają własne strony internetowe, ale także oferują turystom, którzy z nich skorzystają, lepsze warunki niż tym, którzy wykupili nocleg przez pośredników. Doszło do sytuacji, że kupujący przez Expedię mogą dostać pokój tanio, ale będzie to najgorsze miejsce: przy windzie czy z oknem na parking. W ostatnich latach bankrutują też biura podróży, które oferują najprostsze usługi, jak sprzedaż biletu lotniczego między Paryżem a Nowym Jorkiem. Każdy z nas może zrobić to z domu. Przetrwają te, które szukają nisz: oferują wycieczki po średniowiecznych zamkach Hiszpanii, renomowanych winnicach Francji czy wjazd dżipami na Kilimandżaro. Do ich zorganizowania potrzeba tak dużo wiedzy i kontaktów, że wielu klientów woli nie robić tego samodzielnie, lecz zdaje się na pomoc agencji turystycznej.

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

reklama


Źródło:Dziennik Gazeta Prawna

Polecane

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Prawo na co dzień

Polecane

reklama