Niemal wszystkie kraje Unii Europejskiej decydują się na radykalne kroki, by uzdrowić swoje finanse publiczne. Tylko nie Polska. Czy to błąd ze strony rządu Donalda Tuska?

Rozumiem przyczyny, dla których polski rząd wstrzymuje się z bardziej radykalnymi zmianami. Chodzi nie tylko o zbliżające się wybory samorządowe i parlamentarne, ale także o podtrzymanie wzrostu gospodarczego. To jest problem, z którym próbują się dziś zmierzyć kraje na całym świecie. W jaki sposób przeprowadzić kurację odchudzającą finanse publiczne, nie dusząc jednocześnie anemicznego wzrostu gospodarczego? Jednak nie wolno liczyć na to, że szybszy wzrost gospodarczy sam rozwiąże problemy polskiego długu i deficytu budżetowego. Trudnych reform nie da się uniknąć.

To nie jest tak, że gdy gospodarka się rozkręci, to i firmy zaczną płacić większe podatki?

Po pierwsze – prognozy szybszego wzrostu mogą się nie sprawdzić. Żyjemy przecież w niezwykle niestabilnych czasach. Na tym właśnie potknęła się Francja. Rząd w Paryżu liczył, że gospodarka będzie się rozwijała w tym i w przyszłym roku w tempie 2 – 2,5 proc. A tu okazuje się, że prognozy MFW mówią o dwukrotnie gorszym wyniku. Po wtóre – w przeciwieństwie do większości krajów zachodniej Europy polski deficyt budżetowy ma w przeważającym stopniu charakter strukturalny, a nie koniunkturalny. Nie zniknie, gdy gospodarka będzie się rozkręcać. To zresztą widać już teraz. Choć tempo rozwoju Polski należy do najwyższych w Europie, dług publiczny bardzo szybko narasta.

Jak pan zauważył, w przyszłym roku czekają nas w Polsce wybory parlamentarne. Trudno spodziewać się więc, by rząd podjął jakieś radykalne reformy przed 2012 r.

Nie możecie czekać tak długo, i to przynajmniej z dwóch powodów.

Dziś stopy procentowe w Unii Europejskiej należą do najniższych w historii. Koszty zaciągania pożyczek są więc niskie. Ale to się skończy. Wtedy nakłady na obsługę polskiego długu gwałtownie wzrosną.

Jeśli rząd będzie zbytnio zwlekał z ograniczeniem deficytu, inwestorzy na rynkach finansowych dojdą do wniosku, że polskie władze po prostu nie są w stanie uzdrowić finansów publicznych. A wtedy Polska zacznie być postrzegana jako kraj rosnącego ryzyka inwestycyjnego. I przybędzie kolejny czynnik, który powoduje wzrost kosztów obsługi długu. Polski rząd nie może do tego dopuścić, bo to grozi wpadnięciem w pętlę zadłużeniową, w której coraz więcej pieniędzy przeznacza się na obsługę narastającego długu. Taki właśnie dramat w ostatnim roku przeżyła Grecja. Polska musi z tego wyciągnąć wnioski.

Czyli radykalne reformy są konieczne od zaraz?

Ten rok jest jeszcze bardzo trudny dla gospodarki. Europa Zachodnia, od której Polska jest mocno uzależniona, będzie się rozwijała niezwykle anemicznie. Zbyt radykalne cięcia budżetowe mogą więc być niebezpieczne. Jednak w przyszłorocznym budżecie rząd powinien już zaplanować stanowcze działania. Jeśli tego nie uczyni, konsekwencją może się okazać rewizja oceny polskiego długu przez największe agencje ratingowe.

Rząd mówi, że coś jednak robi. Deficyt budżetowy redukuje z 52 mld zł w 2010 roku do blisko 40 mld zł w przyszłym. Minister Jacek Rostowski zapowiada wprowadzenie reguły wydatkowej. Zaostrzone będą zasady przyznawania rent, uelastycznione wydatki na obronę oraz zlikwidowane przywileje emerytalne dla mundurowych. Mało?

To z pewnością kroki we właściwym kierunku. Ale można oczekiwać więcej. Reguła wydatkowa obowiązuje od dawna w wielu krajach Europy Zachodniej. A mimo to państwa te decydują się teraz na znacznie dalej idące cięcia. I to takie kraje jak Wielka Brytania, które nie mają noża na gardle. Brytyjski premier wezwał przecież swoich ministrów, aby szukali oszczędności sięgających 40 proc. wydatków w podległych im resortach. Co prawda ostateczne oszczędności nie będą oczywiście aż tak drastyczne, jednak są o wiele głębsze niż to, co planują polskie władze.

Co należy zrobić?

Zabrać się za te obciążenia strukturalne budżetu, które zostały odziedziczone bądź jeszcze po okresie komunistycznym, bądź w wyniku nacisków wpływowych grup społecznych w ostatnich 20 latach. Jednym z przykładów jest reforma KRUS. Innym – reforma służby zdrowia, która trwale oddłuży szpitale. Ale także ogólna zmiana polskiego systemu emerytalnego. Sytuacja, w której kobiety mogą w Polsce przechodzić na emeryturę w wieku 60 lat, jest nie do utrzymania. Polska będzie tu musiała pójść w ślad reszty Europy i przesunąć wiek, w którym można przestać pracować.

Dla podtrzymania wzrostu gospodarczego konieczna jest także prywatyzacja wciąż jeszcze państwowych gałęzi gospodarki.

Rząd musi wykorzystać czas do wyborów parlamentarnych, aby dokonać tu znaczącego postępu.

*Erik Bergloef, główny ekonomista Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju (EBOiR) w Londynie