Tak, na przykład zaraz po wojnie. Ale wtedy odbudowa zniszczonej Europy napędzała szybki wzrost gospodarczy i nie było problemu z obniżeniem długu do akceptowalnego poziomu. Dziś podstawowy dylemat rozwiniętych gospodarek polega na tym, jak zapewnić wyższy niż 1-, 1,5-procentowy wzrost i uregulować te zobowiązania. Wówczas jednak było oczywiste, skąd dług się wziął: to był koszt pokonania Hitlera.

A dziś dlaczego politycy doprowadzili do powstania tak ogromnego problemu?

Łatwo krytykować polityków, że nie wiedzą, jak działać, a jeżeli już coś robią, to za wolno. Ale jeżeli krytyka płynie ze strony rynków finansowych, to wydaje mi się nieuprawniona.

Dlaczego?

Dług, z jakim musimy dziś się borykać, nie powstał z inicjatywy władz publicznych. Przed kryzysem kondycja finansowa większości krajów zachodnich była co najmniej przyzwoita. Nawet Wielka Brytania miała niski dług publiczny (około 40 proc. PKB), Stany Zjednoczone także niewysoki (50 proc.). W całej Unii Europejskiej w 2007 r. deficyt wynosił zaledwie 0,7 proc. dochodu narodowego! A wśród krajów naszego regionu dług publiczny Estonii czy Bułgarii był bliski zeru. Problemy zaczęły się, gdy sektor publiczny musiał zażegnać kryzys spowodowany przez prywatne instytucje finansowe. Najpierw trzeba było ratować upadające banki, potem podtrzymać gasnący popyt. Finanse publiczne musiały przejąć na siebie ten ogromny ciężar.

Czy aby na pewno długi Grecji, Hiszpanii czy Portugalii to wina nieuczciwych menedżerów z Lehman Brothers i innych banków?

W przypadku Grecji sytuacja jest szczególna. Grecy nie tylko lekceważyli przez wiele lat zasady dyscypliny finansowej, ale także podawali nieprawdziwe statystyki. Nie ma co tutaj winy zrzucać na Goldman Sachs czy inne banki. Jednak można zapytać, dlaczego tzw. rynki przez wiele lat przed kryzysem nie potrafiły rozróżnić trudnej sytuacji budżetowej Grecji i innych, słabszych państw od prymusów. A kiedy już to uczyniły, to zareagowały w sposób przesadny, niemal histeryczny. Czy możemy więc polegać na rynkach finansowych? Czy są one efektywne? A przecież owe mityczne rynki to tak naprawdę instytucje finansowe, które otrzymały olbrzymią pomoc od państwa i do dziś z niej korzystają. Zarówno w postaci gwarancji, jak i niskich stóp procentowych.

Z tego, co pan mówi, można wywnioskować, że nawet najpotężniejsi europejscy politycy są bezradni wobec funduszy zarządzających długiem. Wystarczy wspomnieć noc z 9 na 10 maja, kiedy ministrowie finansów gorączko uzgadniali wart 750 mld euro plan powstrzymania rozpadu unii walutowej, byle zdążyć przed otwarciem rynków azjatyckich. Dla uspokojenia inwestorów poświęcili niezależność Europejskiego Banku Centralnego.

Decyzja Europejskiego Banku Centralnego o interwencji na rynkach rządowych papierów wartościowych to wydarzenie bez precedensu, jeśli chodzi o ten bank (choć amerykańska Rezerwa Federalna i Bank Anglii robiły tak od dawna). Jednak EBC zdecydował się na to w sytuacji, gdy system gospodarczy stał się całkowicie rozregulowany.

Rządowe obligacje są podstawą zachowania płynności przez banki centralne. Dlatego zakłócenie tego rynku miałoby fatalne skutki dla całego systemu finansowego w Europie. Działanie EBC jest jednak niekonwencjonalne i z pewnością pomyślane na krótką metę. Ma ono dać czas krajom przeżywającym trudności na uzdrowienie budżetów, a także wzmocnienie mechanizmów kontrolnych przez Unię. A poza tym, jaka była alternatywa? Załamanie europejskiej, a więc i światowej gospodarki.

Ofiarą funduszy zarządzających długami jest też Komisja Europejska i jej marzenie, aby przekształcić się w europejski rząd. Bo przecież w momencie próby trzeba było prosić o pomoc MFW. Nawet Niemcy tego się domagali.

Nikt na świecie nie ma takiego doświadczenia, takich zdolności gaszenia pożarów jak MFW. Robimy to od 50 lat. Mamy też rozbudowany kwartalny mechanizm kontroli.

Jednak w Komisji Europejskiej pracuje 25 tysięcy urzędników!

Oni też się uczą...