MAREK KULESA

absolwent Politechniki Śląskiej, dyrektor biura Towarzystwa Obrotu Energią od chwili jego powstania w 2004 roku, wcześniej m.in. członek rady nadzorczej Elnord, a od 2006 roku członek Rady Zarządzającej Polskiego Komitetu Energii Elektrycznej

●  Dlaczego rozwój odnawialnych źródeł energii wymaga wsparcia?

– Zgodnie z ustawą – Prawo energetyczne spółki obrotu są zobowiązane do tego, by oprócz sprzedaży energii elektrycznej odbiorcom końcowym wykazać się umorzeniem odpowiedniej puli świadectw pochodzenia, tzw. certyfikatów. „Zielonych” przyznawanych energii ze źródeł odnawialnych albo „czerwonych” z kogeneracji wytwarzającej energię elektryczną i ciepło w skojarzeniu. Obydwa źródła są przyjazne środowisku, więc bardzo pożądane, ale koszt produkowanej w nich energii jest dużo wyższy niż np. energii z węgla. Wymagają wsparcia, które ma wyrównać ich szanse na rynku i będzie motywować wytwórców energii do zwiększania podaży energii czystej i wysokosprawnej.

System wsparcia realizowany przez umarzanie świadectw pochodzenia przyznawanych przez Urząd Regulacji Energetyki (URE) oddziela energię fizyczną od jej cech ekologicznych czy sposobów wytwarzania. Spółki handlują towarem, jakim jest energia, i często nie interesują się bezpośrednio kolorami, a swoje ustawowe zobowiązania wobec promowanych źródeł energii regulują na rynku certyfikatów, rynku praw majątkowych.

●  Na Towarowej Giełdzie Energii?

– Albo bezpośrednio w kontakcie z wytwórcami objętymi systemem wsparcia. W tym przypadku trzeba obowiązkowo poinformować giełdę o szczegółach transakcji, zwłaszcza o wynegocjowanej cenie, bo tę giełda musi uwzględnić w ustaleniu tzw. indeksu cenowego.

Transakcje pomiędzy sprzedawcami energii i jej producentami są w większości łączone, obejmują i świadectwa pochodzenia, i energię fizyczną. Jest to sytuacja korzystna dla wytwórcy, który od razu ma dwa źródła przychodów; za energię fizyczną dostaje po ok. 160 zł za MWh, a za certyfikaty po ok. 255 zł/MWh, w sumie OZE uzyskuje ponad 400 zł za MWh. Jest jeszcze opłata zastępcza, czyli tzw. ostatnia deska ratunku dla spółek obrotu. Kiedy na rynku nie ma certyfikatów, bo np. produkcja energii odnawialnej była mała, wtedy sprzedawcy mogą wywiązać się z ustawowego obowiązku poprzez wniesienie na konto Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW) równoważnej opłaty zastępczej, której wysokość określa URE. Ta opłata jest jednocześnie górną granicą opłacalności zakupu certyfikatów na rynku. System generalnie jest jednym z lepszych, ale ujawniły się też pewne jego słabości.

●  Mamy certyfikaty zielone, czerwone, niebieskie, mają być jeszcze brązowe, białe. Czy ten wachlarz nie rozwija się ponad miarę, czy mechanizm się nie dewaluuje?

– Jest pewna masa krytyczna, której nie można przekroczyć. Certyfikaty nie mogą być lekiem na wszystko. Nie może być tak, że jeśli coś się nie domyka finansowo, to rodzi się pokusa, żeby za pomocą certyfikatów ściągnąć środki od kogoś, kto je ma. W każdym przypadku trzeba dokładnie ocenić, czy coś, co ma być wspierane, rzeczywiście takiego wsparcia wymaga.

●  Rynek certyfikatów, czyli świadectw pochodzenia energii, jest jakąś protezą rynku realnego. Czy nie psuje wolnej gry?

– W przypadku rozwoju energii odnawialnej (OZE), ograniczania emisji gazów cieplarniach, ratowania klimatu jest to rozwiązanie konieczne. Ma skłaniać sektor energetyki do zachowań, które pozwalają osiągać cele uzasadnione społecznie i ekologicznie.