● Inflacja w maju wyniosła 3,6 proc., mniej, niż spodziewał się rynek. Jakie są z tego wnioski dla polityki pieniężnej?

– Na pewno nie są spektakularne. To dobrze, że przy tak dużej zmienności różnych wielkości makroekonomicznych coś zachowało się zgodnie z oczekiwaniami, przynajmniej co do kierunku. Ale nie przywiązywałbym wagi do faktu, że inflacja w maju była o 0,1 pkt proc. niższa niż konsensus rynkowy. Na mnie to nie działa szczególnie uspokajająco. Cały czas są pewne ryzyka dla inflacji, choćby to, co się może stać z kursem walutowym w najbliższych miesiącach. Gdyby złoty znów zaczął się osłabiać, to inflacja równie dobrze mogłaby wzrosnąć za jakiś czas o 0,1 pkt proc.

● Czy to oznacza, że jest jeszcze za wcześnie, żeby Rada przestała przejmować się inflacją?

– Tak, choć oczywiście z psychologicznego punktu widzenia wynik 3,6 proc. dla nas także ma znaczenie, bo oznacza, że możemy niebawem wrócić do górnego przedziału pasma wahań od celu inflacyjnego NBP. Przypomnę, że wynosi ono plus minus 1 pkt proc. od 2,5 proc. Miło byłoby przekazać następnej radzie, która rozpocznie kadencję na początku przyszłego roku, inflację w pobliżu celu, może nawet poniżej. Dzięki temu na początku swojej działalności miałaby ona nawet komfort obniżki stóp procentowych. Choć jeśli rozpocznie się przyspieszenie w gospodarce globalnej, to wtedy nie byłoby potrzeby takiej obniżki.

● Dlaczego RPP nie akcentuje już tak mocno zagrożeń związanych z kursem walutowym?

– To, że na początku roku poświęcaliśmy sprawie kursu dużo miejsca, było wyjątkowe. Wtedy było poważne zagrożenie atakiem spekulacyjnym. Niektórzy uważają zresztą, że próba takiego ataku była, tylko się nie udała. To, że nadmiernie nie komentujemy kursu, jest normalnym rutynowym stanem.

● Czy dziś kurs walutowy nadal grozi wzrostem inflacji? Czy raczej są jakieś inne czynniki ryzyka?

– Istnieje ryzyko zjawiska łagodnej stagflacji – czyli utrzymywania się stosunkowo wysokiej inflacji w warunkach spowolnienia gospodarczego. Może być tak, że my będziemy jeszcze odczuwać wpływ czynników recesyjnych z zachodniej Europy, ale gospodarka globalna zacznie już przyspieszać. To może spowodować odbicie cen surowców, zwłaszcza ropy na rynkach światowych – co z kolei może u nas oddziaływać na wzrost inflacji od strony kosztowej, gdy tempo wzrostu gospodarczego jeszcze nie zacznie przyspieszać. Nie możemy wykluczyć takiego scenariusza.

● Rząd tymczasem przyjął prognozę inflacji średniorocznej w 2010 roku na poziomie 1 proc. Zbyt optymistycznie?

– Średnioroczna inflacja jest chyba nieco zaniżona. Nawet przy tempie wzrostu gospodarczego na poziomie 0,5 proc. Czynniki inercyjne związane z cenami regulowanymi i przesunięte w czasie działanie osłabionego kursu walutowego mogą spowodować, że inflacja będzie wyższa.

● Czy poluzowanie polityki fiskalnej – związane z nowelizacją budżetu na ten rok – nie powinno skłonić RPP do dostosowania polityki monetarnej?

– Przy nowelizacji budżetu nie używałbym określenia poluzowanie polityki fiskalnej. Deficyt budżetowy to jest wskaźnik, który nie zależy tylko od polityki gospodarczej rządu, ale też od stanu gospodarki. On może być większy niż wcześniej planowano ze względów koniunkturalnych – co właśnie ma u nas miejsce. I to wcale nie oznacza, że polityka fiskalna jest bardziej łagodna, zwłaszcza biorąc pod uwagę wypowiedzi i wcześniejsze działania przedstawicieli Ministerstwa Finansów.

● Jednak Rada wymienia ryzyko fiskalne w swoich komunikatach.

– Każdy wolałby mieć zrównoważony budżet, a nie budżet z deficytem. Sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy, pokazuje, że w okresie, gdy wzrost gospodarczy jest szybszy od potencjalnego, należy dążyć do wypracowania nadwyżki budżetowej. Podczas kryzysu można by ją wykorzystać, choćby na pakiet pobudzający koniunkturę, a my w latach szybkiego wzrostu cieszyliśmy się, że deficyt wynosi 1 proc. PKB. A powinniśmy mieć wtedy nadwyżkę co najmniej 1 proc. PKB.