Wbrew rozpowszechnionemu poglądowi podstawowe źródło kłopotów to nie są szaleństwa rządów, które bez opamiętania powiększały dług poszczególnych krajów. Dotyczy to tylko Grecji i pewnie Włoch. W pozostałych krajach europejskich przed kryzysem dług był – owszem – znaczny, ale akceptowany przez rynki, co znajdowało wyraz w umiarkowanej raczej cenie pożyczanego pieniądza. Zmieniło się to w ostatnich trzech latach. Przyczyną był kryzys. Rządy nieomal bez wyjątku zdecydowały się więc na ratowanie zagrożonych banków i pompowanie popytu. W rezultacie nierównowaga z sektora prywatnego przelała się do sektora finansów publicznych. Jednak gdyby tego nie zrobiono, prawie na pewno doszłoby do paniki bankowej i głębokiej recesji. Przestrzeganie normy limitu deficytu finansów publicznych na poziomie 3 proc. PKB było po prostu niemożliwe i niecelowe. Nie mógłby tego zrobić nawet europejski rząd, gdyby istniał. Jest więc wysoce wątpliwe, czy jego stworzenie w przyszłości zabezpieczy Europę przed kryzysem.

Niektórzy uważają, że w gospodarce rynkowej powstaje strukturalny niedobór popytu. Popyt więc musi być uzupełniany przez ekspansję pieniężną albo odpowiednio wysokie wydatki państwa. Wydaje się, że w obydwu przypadkach sprzyja to nierównowadze. Ale ryzyko nadmiernej ekspansji pieniężnej jest szczególnie wysokie, gdy jeden system pieniężny stosowany jest w kilku krajach realnie się od siebie różniących. Chodzi nie tylko o często dyskutowaną kwestię tzw. asymetrycznych szoków, lecz także, a może przede wszystkim o wysokie ryzyko oderwania ceny pieniądza od procesów oszczędzania. Eliminacja kursu walutowego sprzyja oderwaniu standardów opłacalności inwestowania od konkurencyjności krajowej gospodarki, a finansowanie inwestycji staje się niezależne od podaży krajowych oszczędności. Te właśnie okoliczności sprzyjały chyba powstaniu spekulacyjnych bąbli na rynkach nieruchomości kilku krajów Unii.

Gdyby ten tok rozumowania był poprawny (jak wydaje się autorowi tych słów), to wynikałaby z niego teza, że wspólny pieniądz nawet w warunkach rzeczywistej harmonizacji polityki pieniężnej i budżetowej nie stwarzałby zwiększonych zagrożeń stabilności, tylko wówczas gdyby stosujące go kraje spełniały warunek realnej konwergencji i miały w pełni zintegrowane rynki (wewnątrz strefy nie byłoby handlu zagranicznego).

W strefie euro te warunki nie są spełnione i nie wydaje się, by można je spełnić w dającym się przewidzieć czasie. Nie znaczy to jednak, że kraje Unii nie mogą zrobić kroku w tym kierunku. Być może, choć niełatwo to sobie wyobrazić, utworzone zostaną federalne struktury i polityka fiskalna będzie w znacznie większym stopniu koordynowana. Być może, choć oficjalnie rządy do tego celu nie dążą, strefa euro stanie się bardziej homogeniczna, bo... odejdą kraje najbardziej odstające (pewnie Grecja, Portugalia i Hiszpania). I choć nawet wtedy Unia nie uzyska, choćby ze względu na język, takiej spójności jak Stany Zjednoczone, to zmniejszyłoby się ryzyko stosowania wspólnego pieniądza.

Klasa polityczna kontynentalnej Europy zainwestowała bardzo wiele politycznego kapitału w projekt euro. Mają zatem rację ci, którzy twierdzą, że to strefa euro będzie realnym podmiotem europejskim, że nieuchronna jest integracja według dwu prędkości (i ryzyko marginalizacji krajów do strefy nienależących). Być może słusznie też uważają, że to zła widomość dla Polski. Czy jednak mają rację, zalecając strategię „buta w drzwiach”. Jest ona z kilku powodów wątpliwa.

Po pierwsze, projekt wspólnego pieniądza nie jest skazany na sukces. Po drugie, Polska jeszcze bardzo długo nie mogłaby być kompatybilnym składnikiem tego projektu. W konsekwencji – to po trzecie – trudno przypuszczać, że na nas czekają. Oczywiście, nie powiedzą nam, że jesteśmy niepożądani, ale z pewnością zaoferują nam twarde warunki.

Przynajmniej w krótkim okresie przebudowa Unii nie jest pewnie dla Polski przyjemną perspektywą, ale wątpliwe wydaje się usilne dążenie do możliwie szybkiego członkostwa w strefie euro. Trzeba się pogodzić z realiami. Trzeba uznać, że scenariusz dwu prędkości już się realizuje. Ale też można i trzeba podjąć zmasowane wysiłki, by w wagonie traktowanym przez niektórych jako wagon drugiej klasy jechać komfortowo. Jeżeli zdołamy uzyskać przyzwoite transfery finansowe, pozostaniemy w jednolitym rynku, nie zostanie naruszona swoboda podróży i zdołamy znacząco ograniczyć konsekwencje ekologicznego programu Unii, to nasze członkostwo w Unii pozostanie istotnym czynnikiem rozwoju. Uzyskanie tego jest chyba w zasięgu naszych możliwości i byłaby to optymalna pozycja (choć mniej prestiżowa). Kłopot w tym, że nie ma jednak gwarancji jej uzyskania. Więcej, wydaje się, że rząd skłania się do strategii „buta w drzwiach”. Chciałbym wierzyć, że nie jest to konsekwencja miraży stanowisk w unijnym establishmencie. Chciałbym wierzyć, że za stanowiska dla „naszych ludzi” nie zapłacimy ustępstwami niekorzystnymi dla rozwoju kraju.