W Polsce handel i przemysł spożywczy za tonę cukru płaci producentom o ponad 100 euro więcej niż w Niemczech czy Francji. Tam tona kosztuje około 700 euro, u nas 820 – 850 euro. I to od tych samych koncernów. Komisja Europejska wyliczyła, że koszty producenta i godziwy zysk gwarantowałaby cena 404 euro za tonę. Różnicę można traktować jako zupełnie niepotrzebny, ukryty podatek. Płacimy więcej, bo cukru w Unii Europejskiej brakuje, a najbardziej brakuje go w naszym kraju.

Winowajcą jest Komisja Europejska. To ona tak regulowała rynek cukru, aż go przeregulowała. To Bruksela decyduje, ile każdy z krajów członkowskich może cukru wyprodukować. Nie byłoby problemu, gdyby jednocześnie nie postawiła wysokich murów celnych przed importem. Cło za sprowadzenie jednej tony spoza obszaru Wspólnoty przekracza 400 euro, co praktycznie wyznacza cenę cukru w krajach, w których brakuje go najbardziej.

W Polsce cukru zawsze było pod dostatkiem. Aż do roku 2005, w którym KE pod hasłem reformowania unijnego cukrownictwa nakazała zmniejszyć produkcję we wszystkich krajach członkowskich o 20 proc. Chodziło o likwidację przestarzałych cukrowni, zwiększenie efektywności produkcji i w konsekwencji – obniżenie cen. W chronionej cłami Unii cukier był bowiem droższy niż na giełdach światowych. Poza UE koszty jego produkcji, przeważnie zresztą z trzciny cukrowej, są o wiele niższe. Zmniejszone kwoty produkcji tak jednak podzielono między poszczególne kraje, że np. Niemcy czy Francja nadal mogą produkować więcej, niż potrzebują tamtejsi konsumenci i przemysł przetwórczy, a Polska musi wytwarzać o 20 proc. mniej, niż potrzebuje. Ówczesny rząd polski nic w tej sprawie nie usiłował zrobić. Między innymi właśnie to zahamowało dynamicznie rozwijający się eksport polskich słodyczy. W całej Unii rocznie brakuje ponad 3 mln ton cukru. Nic dziwnego, że w ostatnim tylko roku zdrożał w hurcie przeciętnie aż o 50 proc.

Przed pseudoreformą tona kosztowała o wiele mniej niż obecnie. Zwłaszcza w Polsce. Unijne organizacje konsumenckie coraz głośniej protestują, naszych nie słychać. Taki stan rzeczy podoba się za to europejskim koncernom, które rozdają karty na słodkim rynku. Wielka czwórka to niemieckie Sued Zucker i Nordzucker, francuski Tereos i brytyjski British Sugar. Częściowo dzielą się swoimi zyskami z plantatorami, więc ci także przeciwni są wszelkim zmianom. Lobbują, żeby wszystko zostało jak do tej pory.

Tymczasem Komisja Europejska, częściowo pod naciskiem konsumentów, ale także Światowej Organizacji Handlu, chce znieść kwoty limitujące produkcję. Mogłyby to nastąpić od 2015 r. To zlikwidowałoby chroniczny unijny deficyt cukru, ale jego wielcy producenci straciliby nieuzasadnione zyski.

Rozstrzygnięcie ma nastąpić lada tydzień, a mimo to rząd polski ciągle nie przedstawił w tej sprawie swojego stanowiska. Czy będzie bronił interesów 38 mln polskich konsumentów, czy 38 tys. plantatorów oraz kilku koncernów zagranicznych? Ale także łatwych pieniędzy, jakie dzięki temu zarabia Krajowa Spółka Cukrowa, w której na obsadę stanowisk wielki wpływ mają ludowcy. Jeśli polscy konsumenci nadal będą musieli płacić 3 mld zł cukrowego podatku, to niech przynajmniej wiedzą, komu to zawdzięczają.