W przypadku dziedziny, jaką jest gospodarka, spełnienie takiego warunku nie jest łatwe ze względu na to, że podobnie jak na piłce nożnej na gospodarce znają się wszyscy. Poważna debata ekonomiczna powinna zacząć się od diagnozy, następnie należy określić cele, jakie sobie stawiamy, a później dobrać odpowiednie narzędzia do ich realizacji. Ważne jest, aby analizując pojedyncze koncepcje, nie tracić z pola widzenia szerszego spektrum. Tyle teorii dyskusji, na pierwszy rzut oka brzmi trochę banalnie, ale w praktyce bardzo trudno jest utrzymać taką dyscyplinę, szczególnie w środowiskach wygadanych, np. polityków.

Zaczynając od diagnozy. Polska gospodarka ma swoje zalety, między innymi zrównoważoną strukturę rozwoju gospodarczego. Trzy silniki, jakimi są konsumpcja prywatna, inwestycje i handel zagraniczny, w miarę równomiernie napędzają naszą gospodarkę. Nie mamy tak wielkich nierównowag, jakie miały miejsce w Stanach Zjednoczonych czy też w wielu krajach europejskich, zarówno na rynku nieruchomości, jak i na rynku finansowym. Polacy też, z pewnymi wyjątkami oczywiście, nie popadli w szał konsumpcji, jak to stało się m.in. w USA. Po latach centralnego sterowania i wszechobecnego państwa mało kto dziś wierzy, że upaństwawianie czy też daleko idące ingerencje finansowe rządu będą dla gospodarki zbawienne. Nauczyliśmy się liczyć na siebie. Naszą silną stroną jest też dobra sytuacja finansowa polskich przedsiębiorstw prywatnych (z wyjątkiem dwóch czy trzech branż).

Nasze słabe strony to znaczne zapóźnienie technologiczne wobec Europy Zachodniej, niska jakość infrastruktury, słaba jakość usług publicznych oraz nieelastyczne finanse publiczne przy relatywnie wysokim poziomie zadłużenia w relacji do PKB. Nadal duży udział państwa w wytwarzaniu narodowego dochodu, zbytnie przeregulowanie gospodarki, czy nieefektywny system sądowniczy (w zakresie prawa gospodarczego) to kolejne nasze bolączki. Wyzwaniem jest też rynek pracy, który wprawdzie w ostatniej odsłonie kryzysu okazał się bardziej elastyczny, niż wynikać to mogłoby z regulacji, to jednak jego cechą jest nierównowaga pomiędzy miastem a wsią i olbrzymie niedopasowanie. To i tak bardzo skrótowy opis, nieuwzględniający wielu obszarów, m.in. takich jak ochrona zdrowia czy edukacja.

Do polskich słabości należą zapóźnienia technologiczne wobec zachodu Europy, infrastruktura, usługi publiczne, nieelastyczne finanse

W jednej debacie i tak nie da się poruszyć większości tych problemów. Przydałoby się uzgodnić podstawowe parametry diagnozy i spróbować odpowiedzieć na pytanie o cel rozwoju. Ważne jest przy tym, aby w dyskusji nie używać określeń oceniających, takich jak liberalny czy etatystyczny. Inaczej bowiem rozmowa szybko wyląduje na manowcach. A w ramach dyskusji dobrze byłoby się skupić na kilku najważniejszych wyzwaniach, tak aby można było rozmawiać w miarę konkretnie. W moim przekonaniu zagadnieniami, które wymagają szczególnej uwagi, są rynek pracy i system emerytalny. W obu przypadkach wyzwania są wyjątkowe, a rozwiązania nieintuicyjne. Drugim ważnym elementem dyskusji jest stan finansów publicznych i sposoby ich dalszego reformowania, a w szczególności uelastycznienia. Trzecie ważne dla polskiej gospodarki zagadnienie to cały szereg spraw związanych z deregulacją gospodarki i usprawnieniem sądownictwa. O ile raczej nie ma różnicy zdań co do celu takich działań, o tyle odpowiedź, jak to osiągnąć, banalna nie jest. I wreszcie czwarte zagadnienie to odpowiedź na pytanie, w jakich obszarach usług publicznych skutecznym i efektywnym ich dostarczycielem jest państwo, a na ile lepszym rozwiązaniem byłoby przekazanie odpowiedzialności za nie sektorowi prywatnemu.

Jak widać, w Europie pomysłów na rozwiązanie europejskich bolączek jest co niemiara, gorzej z podejmowaniem decyzji. Jednak dziś, w 2012 roku, jesteśmy znacznie mądrzejsi o doświadczenia i o ile dwa lata temu nie widać było przygotowanych planów awaryjnych, dziś są. Przez całą Europę, a nawet świat, przetoczyła się wielka debata o tym, jak wyjść z kryzysu. O ile nie zawsze zgadzam się z konkluzjami, jakie wyciągają z niej politycy, to przynajmniej wiemy, jakie są alternatywy i co one oznaczają. A to już jest jakaś wartość.