Tak byłoby w teorii, bo w praktyce reguły tej gry są twardsze i takie wytłumaczenie byłoby za proste. W realiach gry budżetowej jeśli nie chcesz więcej, to znaczy, że faktycznie masz za dużo i warto ci obciąć wydatki. A obcięty budżet to mniejsza władza. Mniejsza władza to degradacja. Dlatego nawet jak nie masz co zrobić z pieniędzmi, o, przepraszam, mówi się ze środkami, to warto poprosić o więcej. Stąd zgodnie z prawami Parkinsona musisz wnioskować o więcej, nawet jeśli nie ma to sensu. I jeśliby prześledzić budżety instytucji państwowych, to taka reguła działa na ogół niezawodnie.

I gdy gospodarka, czyli firmy, przeżywa chude lata, zmniejsza zatrudnienie i zaciska pasa, to administracja często zwalnia jedynie tempo wzrostu. Jest tak, bo struktura urzędów przypomina przekrój geologiczny. Na skutek opisanych wyżej działań każda kolejna ekipa zostawia swój osad. Ludzie nawarstwiają się, rośnie liczba biurek, stanowisk, komórek organizacyjnych w urzędzie. I choć każda kolejna ekipa mówi o odchudzaniu administracji, to skutki rozmijają się z zapowiedziami. Taki proces mamy u nas. Choć od 2009 roku pensje w budżetówce pozostają zamrożone, to liczba urzędników w resortach w porównaniu z 2007 rokiem rośnie.

A przecież byłoby dobrze, by wreszcie administracja zaczęła funkcjonować w rytm gospodarki. I może w tej chwili jest szansa, by ten trend się zmienił. Fakt, że cztery instytucje wnioskują o budżet na przyszły rok mniejszy niż w tym roku, daje nadzieję, że może z powodu groźby kryzysu na świecie prawa Parkinsona na jakiś czas zostaną zawieszone. Oczywiście gdy to piszę, cały czas pamiętam, czyją matką jest nadzieja. Ale skoro idą złe czasy, to może pora na cud. A ponieważ cuda sprawiają święci, to może naszym poczciwym świętym krowom uda się tego dokonać.