Odkąd prezes EBC Mario Draghi 26 lipca pierwszy raz wspomniał, że „zrobi wszystko, co będzie konieczne, żeby zachować euro”, sytuacja na rynkach się poprawiła. Kursy spółek na giełdach w Mediolanie i Madrycie wzrosły średnio o 20 proc., zdecydowanie spadło też oprocentowanie włoskich i hiszpańskich obligacji, odsuwając tym samym groźbę niewypłacalności tych krajów. Czy działania EBC dają szansę na trwałe przezwyciężenie kryzysu lub chociaż na powstrzymanie jego rozprzestrzeniania się?

Plan Draghiego polega na interwencji banku i Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego na rynku długu poszczególnych krajów. EMS, finansowany ze środków wyłożonych przez kraje strefy euro, będzie kupował obligacje na rynku pierwotnym, czyli prosto od emitenta. EBC zaś, któremu traktaty zabraniają bezpośredniego finansowania deficytów budżetowych, będzie odkupywał papiery od funduszu. W efekcie tych działań rządy krajów najmocniej dotkniętych kryzysem będą mogły względnie tanio finansować potrzeby pożyczkowe, dzięki czemu będą miały czas na reformy. Jednocześnie oddali się scenariusz rozpadu strefy euro, co powinno przełożyć się na poprawę klimatu inwestycyjnego na peryferiach – ucieczka kapitału jest jedną z przyczyn tego, że południe Europy nie może wyjść z dołka.

Uzasadnienie zdecydowanego zaangażowania się EBC na rynkach długu (przede wszystkim) Włoch i Hiszpanii jest dwojakie. Po pierwsze kryzys uniemożliwia bankowi prowadzenie polityki pieniężnej. Co z tego, że podstawowa stopa procentowa wynosi 0,75 proc., skoro z powodu obaw o wypłacalność rządów oprocentowanie kredytów dla przedsiębiorstw oderwało się od limitów ustalanych przez bank centralny? Po drugie oprocentowanie obligacji rządowych odzwierciedla nie tylko premię za ryzyko niewypłacalności pojedynczego kraju, ale także prawdopodobieństwo rozpadu samej strefy euro, na które pojedyncze państwo ma ograniczony wpływ. Nie jest więc tak, że oprocentowanie zależy wyłącznie od reformatorskich wysiłków – niektóry się starają, a są przez rynki karani – mówi Draghi.

Dlaczego jednak plan, który tak spodobał się rynkom, nie został przedstawiony wcześniej? Nagła zmiana stanowiska EBC, który dotąd z rezerwą odnosił się do zakupu obligacji rządowych, była wynikiem presji politycznej. Szczególne istotne było przejście kanclerz Angeli Merkel do obozu zwolenników zaangażowania EBC. Co wcześniej nie pozwalało jednak Niemcom poprzeć tego pomysłu i dlaczego teraz się nań zgodzili?

Problem polega na tym, że gdy państwo przestanie się finansować samo, to niełatwo jest przywrócić normalny bieg rzeczy

Argumenty przeciwko interwencjom EBC najklarowniej przedstawia prezes Bundesbanku Jens Weidmann – do niedawna mówiący z kanclerz Merkel jednym głosem. W wywiadzie dla magazynu „Der Spiegel” ostrzegał, że pomoc banku centralnego dla rządów jest uzależniająca jak narkotyk i zagraża powrotem dwucyfrowej inflacji. Zdaniem Weidmanna zaangażowanie EBC w wykup obligacji naraża na ryzyko finansowe wszystkich obywateli strefy euro, co powinno – jeśli w ogóle – mieć miejsce wyłącznie za zgodą parlamentów krajowych. Co więcej, uruchomienie maszyn drukarskich wcale nie rozwiąże problemów na Południu, gdyż przejściowa poprawa sytuacji odwróci uwagę od koniecznych reform.

Na ten ostatni argument Draghi zdaje się mieć jednak dobrą odpowiedź. Potencjalnie nieograniczone środki EBC staną się dla kraju dostępne dopiero, gdy oficjalnie poprosi o pomoc pozostałe państwa strefy euro. W ten sposób zostanie wykluczona sytuacja, w której UE w nieskończoność finansuje deficyt budżetowy jakiegoś państwa, które uparcie odmawia dokonania niezbędnych reform. Środki pomocowe popłyną wtedy, gdy beneficjent przedstawi plan naprawy zaakceptowany przez Komisję Europejską. Teoretycznie idea pomocy za reformy wydaje się słuszna, jednak jej praktyczna realizacja może nastręczyć sporych trudności.

Ideałem byłoby pomaganie dopiero wtedy, gdy wszystkie niezbędne reformy zostaną już wdrożone. Niestety jest to sytuacja czysto hipotetyczna. Z jednej strony bowiem reformy wymagają czasu, a pomoc potrzebna jest natychmiast, z drugiej zaś kraj, który wszystkich reform dokona, żadnej pomocy zapewne już nie będzie potrzebował. Tak naprawdę więc pomoc musi iść z reformami ręka w rękę. Problem polega na tym, że gdy raz jakieś państwo przestanie się finansować samo, niełatwo jest przywrócić normalny bieg rzeczy.

Dobitnie widać to na przykładzie Grecji. Kraj ten nie wywiązuje się w pełni z przyjętych zobowiązań i gdyby trzymać się sztywno reguły „pomoc za reformy”, dawno już powinien zostać odcięty od międzynarodowego finansowania. Tak się jednak nie stało i zapewne nie stanie, przynajmniej nie w tym roku. Powody są dwa: wyjście Grecji ze strefy euro byłoby fatalnym wzorcem dla inwestorów w innych dotkniętych kryzysem krajach wspólnego obszaru walutowego, a pieniądze, które UE pożyczyła, zostałyby bezpowrotnie stracone.

Wygląda więc na to, że Weidmann ma rację: pomoc to narkotyk, z którym rozstać się jest bardzo trudno. Pytanie tylko, czy na obecnym etapie jest jakaś rozsądna alternatywa. Optymiści będą wskazywali na przykład Irlandii, która przyjęła w 2010 roku wsparcie, a jest już o krok od wyprowadzenia finansów na prostą. Miejmy nadzieję, że z resztą krajów ostatecznie też tak będzie, chociaż opór wobec cięć i reform jest na Południu bardzo silny.