Zamiast poważnej dyskusji o kierunkach rzeczywiście koniecznej modernizacji Sił Zbrojnych mamy dziś chaos podsycany lobbingiem czekających na miliardowe kontrakty koncernów zbrojeniowych. Całość przypomina przygotowania bojowe pingwinów z Madagaskaru. Trudno nie wzruszyć ramionami, gdy prezydent Bronisław Komorowski przekonuje, że skoro Polska wydała 5 mld na operację w Afganistanie, to stać nas także na zainwestowanie 15 mld zł w mglisty dziś projekt „tarczy antyrakietowej”.

Aby zrozumieć ogrom obecnego zamieszania, cofnijmy się o kilka miesięcy. W styczniu br. szef MON Tomasz Siemoniak zatwierdził wykaz 276 zadań o podstawowym znaczeniu dla obronności na najbliższe lata. W tych planach najważniejszymi (i najdroższymi) projektami są: zakup samolotów szkolnych AJT (Advanced Jet Trainer), 26 śmigłowców wsparcia bojowego, nowego okrętu podwodnego oraz rozpoznawczych i bojowych bezpilotowców średniego zasięgu. Najtańszy z programów – okręt podwodny – to wydatek minimum 2 mld zł.

W programie MON nie ma za to ani słowa o czymkolwiek, co zasługiwałoby na szumne miano „tarczy antyrakietowej”, o której tak głośno zrobiło się w połowie sierpnia. Są tam jedynie plany dotyczące systemów obrony przeciwlotniczej krótkiego i bardzo krótkiego zasięgu (programy: Narew, Poprad, Grom, Pilica). Tym większe zdziwienie wywołała niedawna zapowiedź odpowiedzialnego w MON za zakupy sprzętu wiceministra Waldemara Skrzypczaka, że już w przyszłym roku do służby wejdą pierwsze elementy „tarczy antyrakietowej”. Jakie – nie wiadomo. Można tylko spekulować, że chodzi o dwa mobilne radary dawno już zamówione dla Sił Powietrznych.

O konieczności unowocześnienia naszej obrony przeciwlotniczej nie ma co dyskutować. „Najnowsze”, wyprodukowane w ZSRR, przeciwlotnicze zestawy dalekiego zasięgu – S-200 Wega – służą w Wojsku Polskim od 1985 r. Innymi słowy, podstawowe środki obrony przeciwlotniczej od lat krzyczą o wymianę na nowe, a decydenci odpowiedzialni za polską obronność śnią sny o potędze i zestrzeliwaniu rakiet balistycznych. Prawda wygląda tak, że dziś nasza armia nie jest w stanie wykryć i zniszczyć nawet obiektów latających bardzo nisko i powoli, takich jak motolotnie czy samoloty ultralekkie, zwłaszcza po zachodzie Słońca. Potwierdzają to dokumenty dotyczące zabezpieczenia Euro 2012.

W styczniowych planach jest m.in. mowa o wydłużeniu eksploatacji samolotów szturmowych Su-22. Sprawa jest dyskusyjna. Eksperci spierają się o to, czy na współczesnym polu walki te przestarzałe maszyny przetrwałyby 10 czy 15 minut. Kilka tygodni temu „w dobrze poinformowanych kręgach” pojawiła się pogłoska o planach zastąpienia „suk”, jak pieszczotliwie nazywają je lotnicy, nową eskadrą samolotów F-16. W MON jednak pomysł goni pomysł, bo ostatnio wiceminister Skrzypczak wystąpił z ideą zastąpienia Su-22... bezpilotowcami. Zwolennikiem tej idei jest też szef BBN Stanisław Koziej, który od lat przekonuje do zdalnie sterowanych robotów (latających, pływających i strzelających). Efektowna dyskusja o bezpilotowych statkach latających skutecznie zagłuszyła to, że priorytetowy jeszcze na początku roku zakup samolotu treningowego (AJT) został cichaczem przesunięty w bliżej nieokreśloną przyszłość. To oznacza kolejne odroczenie planów samodzielnego szkolenia pilotów F-16 przez nasze Siły Powietrzne.

Zamiast dyskusji, mamy chaos podsycany lobbingiem

Jednym z ujawnionych ostatnio przez MON pomysłów jest zakup kolejnych 200 kołowych transporterów opancerzonych Rosomak i rozwój nowego bojowego wozu piechoty na podwoziu gąsienicowym. O jakich pieniądzach mowa? Dwa rosomaki w wersji „afgańskiej” (do Afganistanu wysłaliśmy 140 takich wozów) kosztują około 30 mln zł. To mniej więcej tyle, ile zabrakło IPN-owi do wykupienia swojej warszawskiej siedziby.

Wśród ostatnio ujawnianych ambitnych planów kierownictwa MON jest też projekt modernizacji czołgów Leopard 2A4. W 2002 r. nasza armia przejęła od Bundeswehry 128 tych pojazdów wyprodukowanych w latach 1985 – 1987. Rozważany obecnie zakres modernizacji oznacza wydatek około 8 mln na każdego „Leosia”. Przeliczając na pieniądze – program odmłodzenia wozów dwóch batalionów czołgów 10. Brygady Kawalerii Pancernej w Świętoszowie pochłonie okrągły miliard złotych.

W suwerennej od 1989 r. Rzeczpospolitej opracowano wiele „wieloletnich planów modernizacji Sił Zbrojnych”. Łączy je jedno – żaden z nich nigdy nie został w pełni zrealizowany. Kolejne rządy obiecują, że za zmniejszeniem liczebności armii nastąpi poprawa jakościowa. Zapowiedzi są realizowane połowicznie – Wojsko Polskie istotnie przetrzebiło swoje szeregi z blisko 400 tys. żołnierzy (pod koniec PRL-u) do niespełna 100 tys. obecnie.

O tym, jak daleka w naszej armii jest droga od nawet najlepszego pomysłu do jego realizacji, świadczy prosty problem pistoletowy. Obecny wiceszef MON Waldemar Skrzypczak w 2007 r., jeszcze jako dowódca Wojsk Lądowych, zapowiedział wymianę standardowych w WP pistoletów WIST, które nie sprawdziły się ani w Polsce, ani w Iraku i Afganistanie. Koszt zakupu lepszej broni to promil wartości programów opisanych powyżej. Jednak nowych pistoletów wojsko nie doczekało się do dziś.

Poważnej dyskusji o inwestycjach w system obronny nie ułatwia cywilna kontrola nad armią. Po dokonaniach swojego poprzednika obecny szef MON Tomasz Siemoniak przez pierwsze pół roku urzędowania unieważniał kolejne chybione decyzje Bogdana Klicha. Nie lepiej jest w parlamencie, o czym świadczy obniżający się od lat poziom obrad sejmowej komisji obrony. Cztery lata temu funkcję jej przewodniczącego przestano, jak to było w zwyczaju, powierzać przedstawicielowi opozycji. Obecny szef KON – „bulterier PO” Stefan Niesiołowski – do dziś nie dał się poznać jako znawca problematyki militarnej. Za to jego polityczny temperament skutecznie utrudnia osiąganie „zgody ponad podziałami” w kwestiach obronnych.

Andrzej Walentek, dziennikarz, ekspert ds. wojskowości