Jego opinia, z której jednoznacznie wynika, że w przyszłości mechanizmy ratunkowe dla wspólnotowych bankrutów staną się wręcz fundamentami unii fiskalnej i bankowej, czyli szerzej quasi-federacji unijnej, rodzi wiele konsekwencji dla państw, które są poza unią walutową.

Pozostające z własną walutą Dania i Wielka Brytania niespecjalnie mają się czym przejmować, bo nie są beneficjentami unijnych programów, np. polityki spójności, jednak Polska powinna dokładnie przeanalizować deklarację Asmussena. Jeśli mechanizmy ratunkowe (EFSF i w przyszłości ESM) zaczną odgrywać rolę quasi-budżetów unii walutowej (czyli 17 państw UE), znaczenie tradycyjnych perspektyw budżetowych zmaleje. Płatnicy netto ze strefy euro zyskają argument: skoro zrzucamy się na potencjalnych bankrutów w ramach czegoś, co przypomina budżet, dlaczego mamy jeszcze dokładać do państw na dorobku z Europy Środkowej?

Sprawa skomplikuje się jeszcze bardziej, jeśli EFSF i ESM zaczną finansować nie tylko bankrutów (za pośrednictwem nieco wirtualnych linii kredytowych i gwarancji), ale będą prowadzić polityki – np. politykę prowzrostową – za pomocą realnych pieniędzy. Taki scenariusz dziś brzmi fantastycznie. Ale tempo zmian w UE jest tak duże, że jutro może on być zupełnie realny. Jeśli strefa euro zdecyduje się na przekazanie suwerenności w dziedzinie polityki budżetowej i kontrolę nad bankami instytucjom unii bankowej i fiskalnej, Niemcy zgodzą się na uwspólnotowienie długów i powiększenie EFSF i ESM. Wówczas UE będzie miała budżety dwóch prędkości. Ze szkodą dla takich krajów, jak Polska.

Ten, kto myślał, że budowanie unii fiskalnej i bankowej odbędzie się bez konsekwencji dla Polski, był w błędzie. Okazuje się, że gwarancji pozostania w głównym unijnym obiegu nie daje podpisanie umowy międzyrządowej, jaką jest pakt fiskalny. Bo najważniejsze sprawy, które dotyczą federalizacji strefy euro, zapadają i tak bez udziału państw spoza niej. Tymczasem to właśnie te kwestie techniczne będą miały wpływ na sytuację poza Siedemnastką. Przekształcanie EFSF i ESM w instytucję budżetową jest tylko jednym z przykładów. Innym równie istotnym jest konstruowanie nadzoru bankowego Wspólnoty i zasad ratowania banków w ramach unii bankowej.

UE ma bardzo długą tradycję obchodzenia lub łamania prawa

Na naszych oczach powstają dwa rynki bankowe – jeden w ramach przyszłej unii, drugi poza nią. Istnieje ryzyko, że zagrożone bankructwem banki z eurostrefy zaczną wysysać pieniądze z „kolonii”, które nie zostały dotknięte przez kryzys. Nie ma gwarancji, że w imię deklarowanego wyższego dobra, jakim jest pomoc bankom we Włoszech czy w Hiszpanii – poprzez fakty dokonane – nie będą dokonywane transfery gotówki, np. z oddziałów zlokalizowanych na zielonej wyspie, jaką wciąż według rządu jest Polska.

Pomysł żerowania na peryferiach unijnych już zresztą został zdefiniowany przez francuskiego prezydenta Francois Hollande’a. Socjalista wprost zaproponował, by przesuwać pieniądze budżetu UE z niewykorzystanych funduszy strukturalnych – np. w Bułgarii i Rumunii – na fundusz wzrostu, który pomoże tworzyć miejsca pracy nad Sekwaną. Taki pomysł nie ma precedensu, a jego krytycy mogą powiedzieć, że nie da się go wprowadzić w życie, bo trudno będzie go prawnie uzasadnić. Prawda. Jednak Unia ma bardzo długą tradycję obchodzenia lub wprost łamania prawa, które sama tworzy. W prawie unijnym zakazany jest bailout, ale czy pod naporem kryzysu ktoś podważy jego sens? Zakazane było też łamanie paktu stabilności i wzrostu, jednak Niemcy i Francja, a za nimi południe Europy, nic sobie z tego nie robiły. Oba państwa nie uwzględniły nawet wyroku luksemburskiego trybunału, który zakwestionował łamanie paktu.

Premier Donald Tusk wielokrotnie powtarzał, jak ważne jest ratowanie jednolitego rynku UE. Ta obrona się nie udaje. Obawa przed skutkami kryzysu jest tak ogromna, że nikt w Berlinie, Paryżu, Rzymie czy Madrycie nie ma czasu na rozważanie polskich dylematów. Polska stanęła przed ważnym wyborem. Musi zdecydować, jak zamierza działać w warunkach federalizacji strefy euro. Każda decyzja podejmowana w tej sprawie ma na nas ogromny wpływ i argument, że procesy integracyjne w strefie nas nie dotyczą, nie ma racji bytu. Po wzruszającej mowie ministra Sikorskiego w Berlinie czas na konkretne pomysły, jak żyć w nowych uniach?