Gwałtowna przecena surowców, które obok akcji stanowią trzon ryzykownych aktywów, jest łatwa do wytłumaczenia. Rynki cały czas ważą zarówno prawdopodobieństwo wyjścia przez Grecję ze strefy euro, jak i skutki tego wydarzenia dla światowego wzrostu gospodarczego.

Gwałtowne pogorszenie nastrojów w środę wywołały komunikat Bundesbanku o tym, że eurosystem jest już przygotowany na scenariusz uszczuplenia wspólnego obszaru walutowego, oraz nieprzejednana postawa rządu niemieckiego w kwestii euroobligacji. Berlin nie zgadza się na uwspólnienie unijnych długów, co — mimo że samo w długim okresie nie byłoby dobre dla euro — na pewno mogłoby ograniczyć konsekwencje opuszczenia wspólnego obszaru walutowego przez Grecję. 

Zamieszanie wokół Grecji zapewne nie potrwa jednak dłużej niż miesiąc. Siedemnastego czerwca dowiemy się ostatecznie, kto będzie rządził w tym kraju i czy opcja proeuropejska wygrała, czy nie. Ostatnie sondaże wskazują, że Nowa Demokracja wraz z Pasokiem będą miały większość w parlamencie, a wzrost poparcia dla skrajnie lewicowej Syrizy okazał się krótkotrwały.

Za takim wynikiem wyborów przemawia przede wszystkim to, że zmienią się one w plebiscyt w kwestii euro, a ponad 75% Greków opowiada się za zachowaniem wspólnej waluty. Gdyby jednak Hellada wolała poszukać własnej drogi poza strefą euro, EBC zaleje system bankowy tanim pieniądzem, nie dopuszczając do dalszego wzrostu rentowności hiszpańskich i włoskich obligacji. Politycy będą przekonywać, że kwestia Grecji jest wyizolowanym przypadkiem, a zamieszanie, które zrobi się w tym kraju, zdecydowanie zniechęci innych do pójścia tą drogą. Tak czy inaczej, rynki wreszcie uwolnią się od tej sprawy i znów zainteresują się bardziej ryzykownymi aktywami.

Należy więc postawić sobie pytanie: czy gdy już grecki kryzys zostanie jakoś rozwiązany, ropa Brent wróci do poziomu 125 dolarów za baryłkę oglądanych jeszcze w marcu. Moim zdaniem tak się nie stanie. Choć wyprzedaż ropy, podobnie jak wszystkich ryzykownych aktywów, ma charakter krótkoterminowy, odbicie będzie o wiele płytsze. Informacje płynące z Aten przykryły bowiem inne wiadomości, z których większość nie jest korzystna dla rynku ropy. 

Popyt w będącej w recesji UE jest oczywiście słaby, podobnie jak w USA, gdzie także jest ciągle wysokie bezrobocie, a konsumenci, wyciągnąwszy lekcję z 2008 roku, przykładają znacznie większą wagę do paliwowych oszczędności. W krajach rozwijających się zużycie rośnie, jednak czołowe ośrodki analityczne obniżyły prognozy na ten rok, głównie ze względu na słabnący popyt w Chinach. Na plus za to zaskakuje podaż, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych — rośnie tam produkcja w Dakocie Północnej, gdzie surowiec wydobywa się (podobnie jak gaz) z łupków. Praktycznie całkowicie odrodziła się po wojnie produkcja libijska, rośnie też wydobycie ropy w Iraku. Nadwyżka podaży względem popytu powoduje narastanie zapasów, zwłaszcza w USA. 

Relatywnie wysoka podaż i niski popyt w Ameryce Północnej są główną przyczyną, dla której ropa WTI jest tańsza o 15-18 dolarów od ropy Brent, będącej podstawą wyceny większości kontraktów na dostawę surowca, także tych w Polsce. W zeszły weekend wydarzyło się jednak coś, co może znacząco zmniejszyć różnicę cenową Brent-WTI — z kilkunastu do kilku dolarów. Otwarty został rurociąg Seaway, który poprowadzi ropę ze środka kontynentu amerykańskiego do Zatoki Meksykańskiej, gdzie znajduje się duża część rafinerii, które dotąd nie miały dostępu do tańszego krajowego surowca.

Ropa z Zatoki Meksykańskiej (tak zwana Louisiana Sweet Crude) jest niewiele tańsza od ropy Brent, a więc jest znacznie droższa od WTI. Gdy surowiec popłynie na południe, cena LSC spadnie, jeszcze bardziej zniechęcając Amerykanów do importu ropy. Więcej będzie zatem jej mogło popłynąć do Europy, obniżając w ten sposób cenę ropy Brent. W efekcie ceny surowca powinny spaść tak, by różnica WTI-Brent nie przekraczała 6 dolarów (4 dolary to koszt transportu przez Seaway, a 2 dolary to dyskonto między LSC a Brent). Ropa Brent spadnie więc zapewne o około 5 dolarów. 

Gdy na rynki wróci optymizm, ropa Brent raczej nie będzie jego głównym beneficjentem. W perspektywie najbliższych miesięcy jej cena będzie kształtować się w okolicach obecnych poziomów, nie przekraczając 110 dolarów za baryłkę. Gdy umocni się złoty, polscy kierowcy powinni odczuć to także na stacjach benzynowych. Spadek wyniesie zapewne kilkanaście groszy na litrze. Może być silniejszy, jeśli nasza waluta umocni się bardziej w stosunku do dolara. Wtedy ceny benzyny 95 mogą spaść nawet do 5,50 zł za litr. 

Maciej Bitner