Cięcia, czyli reformy, oznaczają przecież wyrzeczenia, utratę przywilejów czy konieczność dłuższej pracy, co większości obywateli się nie podoba. Pobudzanie wzrostu brzmi o wiele lepiej. To nadzieja na szybszy rozwój, więcej miejsc pracy, a więc niższe bezrobocie i więcej podatków dla budżetu. Państwo, zamiast deficyt ograniczać, musi go lekko zwiększyć. Wybór wydaje się oczywisty – każdy woli być młody, zdrowy i bogaty niż stary, biedny i brzydki. Wyborcy francuscy czy greccy także, podobnie jak wielu Polaków. Tyle że konsekwencje zamiany cięć na lepiej brzmiący wzrost mogą być inne, niż się spodziewają.

Francuzi, którzy dość mieli nie tylko arogancji prezydenta Sarkozy’ego, ale także zaproponowanych przez niego reform (w tym wydłużenia okresu pracy do 62 lat), w badaniach przeprowadzonych tuż po wyborach oświadczyli, że nie ufają także jego następcy. Powiedziało tak ponad 70 proc. badanych, czyli również spora część tych, którzy głosowali na Hollande’a. Czy to znaczy, że teraz woleliby, żeby nie realizował swoich przedwyborczych obietnic? Czy Francuzi z dnia na dzień zrozumieli, że pobudzanie wzrostu gospodarczego przez dosypywanie publicznych pieniędzy jest jak słomiany ogień, który gaśnie równie szybko, jak się zapalił? Że stymulowana w ten sposób gospodarka nie wytworzy trwale nowych miejsc pracy, a ludzie, spodziewający się poprawy losu zostaną uderzeni po kieszeni przez rosnącą inflację? Że realizacja lewicowych postulatów oznacza straty dla tych, którzy mają jakieś oszczędności, ale nie oznacza wcale zysku dla tych, którzy liczą na zdobycie pracy?

W jeszcze gorszej sytuacji postawili się Grecy. Wybierając rozdrobniony, antyreformatorski parlament, dali Unii sygnał, że nie zamierzają dłużej realizować programu drakońskich oszczędności. Można się spodziewać, że Bruksela w odpowiedzi odmówi dalszej pomocy finansowej. Czy wtedy Grecy zamienią euro z powrotem na drachmę? Przecież bez drastycznych reform ich narodowa waluta będzie się błyskawicznie dewaluować. A to zaboli Greków nie mniej niż reformy.

Na naszym podwórku także nie brakuje gospodarczych cudotwórców. W deklaracjach lewicowości ścigają się Leszek Miller i Janusz Palikot. Szef SLD proponuje 50-proc. PIT, choć dobrze wie, że najbogatsi i tak go nie zapłacą, bo już dawno wynieśli się do rajów podatkowych. Inni wybrali PIT liniowy, 19-proc. Ten przywilej zawdzięczają rządowi Millera, a on wcale nie chce im go odbierać. Podatek progresywny uderzyłby więc tylko w tych, którzy zatrudnieni są na etacie. Ale uciec od niego łatwo – wystarczy zamienić etat na samozatrudnienie. Tylko że wtedy ZUS dostałby o wiele mniej pieniędzy ze składek. Leszek Miller to wie, ale postuluje głupoty, bo ładnie brzmią w uszach tych, którzy czują się pokrzywdzeni. Z gorliwością neofity demonstruje więc swoją lewicową wrażliwość.

Jeszcze bardziej niewiarygodny jest szef Ruchu Palikota. Uważa, że państwo za pieniądze podatników powinno budować fabryki, żeby zlikwidować bezrobocie. Sam, jako przedsiębiorca, nie uważał, że jego obowiązkiem jest tworzenie nowych miejsc pracy, lecz produkcja towaru, na którym jego firma ma zarabiać. Przedsiębiorca myśli o tym, żeby mieć atrakcyjny produkt i wytwarzać go po niskich kosztach, wtedy miejsca pracy rodzą się niejako same. Państwo, zdaniem świeżo upieczonego lewicowca, zarabiać nie musi, może tracić. Załata ten deficyt naszymi podatkami, które będzie musiało podnieść. W wyniku tak dziwacznej operacji ucierpią firmy, do tej pory przynoszące zysk i dające ludziom zatrudnienie. Za tworzenie fikcyjnych miejsc pracy zapłacimy utratą tych prawdziwych. Palikot o tym wie, ale pewnie liczy na to, że inni nie wiedzą.

Dotknięte kryzysem społeczeństwa łudzą się, że ich kraje nadal mogą się zadłużać. Ciągle żyć na koszt przyszłych pokoleń, choć z powodu zadłużenia już teraz koszty pracy w Europie stały się niekonkurencyjne. Wybieranie populistów, obiecujących dalsze życie na kredyt, gospodarek nie uzdrowi. Spowoduje tylko, że przebudzenie z letargu będzie jeszcze bardziej bolesne.