Taki jest bilans wczorajszej Rady Europejskiej. Rząd przedstawia to jako sukces. Nie tłumaczy jednak, czy np. specyficznym tematem dotyczącym euro – jak to wczoraj ujął Nicolas Sarkozy – jest ratowanie euro za pieniądze z unijnych funduszy strukturalnych. A właśnie tymi specyficznymi tematami będą zajmowały się szczyty „17”. Przypomnijmy – bez Polski.

Czy Tusk mógł coś w tej sytuacji w ogóle wetować? Nie. Przyjęty na grudniowym szczycie UE model integracji – poprzez umowy międzyrządowe – rozmontował zasadę konsensusu, czyli jednomyślności „27”. Chcesz, podporządkowujesz się najsilniejszym: Berlinowi i Paryżowi. Nie chcesz – umowa i tak wchodzi w życie. Obowiązuje w 2, 3, 17 albo 25 krajach. W tylu, ile ją zaakceptuje. To ten model integracji podzielił Europę na tych, co przy stole, i przystawki.

Czy Tusk mógł wetować wcześniej, na grudniowym szczycie? Tak. Podobnie jak Wielka Brytania mógł z definicji odrzucić pakt fiskalny. I pozbawić się prawa negocjowania jego kształtu. Albo konkretyzując: pozbawić się prawa pacyfikowania najbardziej szkodliwych dla Polski zapisów, które powstają we francuskocentrycznych głowach dyplomatów z Quai d’Orsay. Trzeba przyznać, że część z tych zapisów od grudnia udało się utrącić. Dodając np. zasadę wygaszania, czyli wymogu wprowadzenia do prawa unijnego zasad zapisanych w umowie międzyrządowej. To jednak wciąż za mało, by uznać narzuconą, francusko-niemiecką Europę.

Jakie wnioski płyną po szczycie? Po pierwsze: Europa pękła. A aktem założycielskim nowej Unii, w której państwa bez euro są członkami drugiej kategorii, jest umowa fiskalna. Po drugie: mamy dobrą okazję, by skończyć z mitem, że w jakiś sposób jesteśmy podpięci pod Niemcy i że nam to podpięcie przynosi korzyści. Niemcy nie poświęcą współpracy z Francją na ołtarzu mowy Sikorskiego w Berlinie. Po trzecie: można pogratulować Francji i Niemcom skutecznie prowadzonej polityki, w której jasno zdefiniowany jest interes narodowy. My improwizujemy.