Przez ponad miesiąc rząd podtrzymywał iluzję, że projekt Europy zaproponowany przez Niemcy i Francję da się dopasować do interesów Polski. Im bliżej zaplanowanego na koniec stycznia szczytu unijnego, na którym umowa międzyrządowa ma zostać oficjalnie zaprezentowana, tym bardziej widać mielizny niemieckiej Europy. Mielizny, których nie potrafiliśmy ominąć. Przystąpiliśmy do rozmów o porozumieniu, które dla ratowania euro ma znaczenie minimalne. Niezbędne jest za to do przebudowy instytucji UE i zmiany procesu decyzyjnego w Europie po myśli Berlina i Paryża.

Wróćmy jednak do praprzyczyny dzisiejszej konfuzji. 9 grudnia na szczycie UE uzgodniono, że zostanie wprowadzona „procedura omawiania i koordynowania na szczeblu strefy euro wszystkich głównych reform polityki gospodarczej planowanych przez państwa strefy (...); szczyty strefy euro będą odbywały się regularnie, co najmniej dwa razy do roku”. Potwierdzono w ten sposób wcześniejsze postanowienia szczytu UE z października 2011 r.

Tych kilka zdań, które powstało za polskiej prezydencji w Unii, ma dla przyszłości UE fundamentalne znaczenie. Warto je zapamiętać. Rząd Donalda Tuska, który dziś deklaruje walkę o miejsce przy stole na szczytach strefy euro, właściwie już w październiku złożył broń. Pozwolił, by do postanowień ze szczytów UE wpisano zasadę odrębnej Unii, z własnymi spotkaniami na szczeblu szefów państw i rządów. Dziś trudno oczekiwać, by nietęskniący za Polakami na szczytach strefy Belgowie czy Francuzi raptem zapragnęli dopisać do umowy międzyrządowej korzystne z punktu widzenia Warszawy postanowienia. Trend jest odwrotny – w kolejnych wersjach tekstu pojawiają się propozycje coraz mniej Polskę satysfakcjonujące. Choćby te o powołaniu przewodniczącego, który będzie prowadził szczyty strefy euro. To odpowiednik przewodniczącego Rady Europejskiej, czyli osoby prowadzącej szczyty całej Dwudziestkisiódemki. Upraszczając: w sensie instytucjonalnym zaproponowano podział Unii.

Przy analizie kwestii podziału Europy nie sposób pominąć oceny profesjonalizmu polskiego MSZ. Pod koniec ubiegłego tygodnia wiceminister odpowiedzialny za politykę europejską Mikołaj Dowgielewicz mówił, że właściwie to mamy jeszcze szansę powstrzymać ten podział. Polski rząd uzyskał zapewnienie od rządu duńskiego (obecnie przewodzącego pracom UE), że ten będzie walczył o zasadę, iż kto chce uczestniczyć w szczytach strefy euro, ma do tego prawo. Nawet wtedy, gdy reprezentuje państwo bez wspólnej waluty.

Jest tylko jeden problem. Duński rząd na oficjalnych konferencjach prasowych przyznaje, że obecny projekt umowy międzyrządowej (ten bez Polski na szczytach strefy euro) jest dobry i trzeba go jak najszybciej przyjąć. Duńczycy oczywiście nie stronią od poprawnej politycznie retoryki o jedności Europy. Ale nawet z powodów czysto wewnętrznych nie są zainteresowani walką o polskie postulaty. Kopenhaga na podstawie porozumienia z Edynburga z 1992 r. jest zwolniona z obowiązku przyjęcia euro. Wszelkie zabiegi o uczestnictwo w szczytach strefy mogłyby zostać odebrane jako zmiana zdania w tej kwestii. A tego rząd duński nie chce. I o tym zresztą otwarcie mówi. Albo zatem minister Dowgielewicz ma jakieś zakulisowe informacje, albo wprowadza Polaków w błąd.

Podsumowując, po sześciu tygodniach od szczytu, na którym Warszawa zgodziła się przystąpić do rozmów o unii fiskalnej, mamy projekt umowy bez postanowień satysfakcjonujących Polskę. Nie mieliśmy wielkiego wpływu na kształt dokumentu w interesujących nas obszarach. Z rządu płyną zresztą sygnały o scenariuszu niepodpisywania jej, co jest potwierdzeniem rozczarowania Polski.

Trudno czynić premierowi zarzut, że podjął unijną grę o niemiecką Europę. Jest tak, jak mówił w Sejmie: nikt w Brukseli, Paryżu czy Berlinie nie czeka, aż Polska raczy przystąpić do rozmów. Nie sposób jednak nie oceniać, jak ta gra jest prowadzona. Jakie są jej rezultaty? Nie zakładam, że Donald Tusk działa w złej wierze. Wyraźnie jednak widać, że nie działa skutecznie.

„To nie jest sprawa być albo nie być. (...) Nie zawsze można wygrywać” – tłumaczył porażki na tym polu premier. Po słabych negocjacjach o unii fiskalnej na dobre rozkręcą się rozmowy o budżecie UE na lata 2014 – 2020. Tym razem to jest sprawa być albo nie być. Niech premier przypomni osobom odpowiedzialnym za rozmowy o pieniądzach dla Polski, że w tej kwestii trzeba wygrać.