Głos zabierają ekonomiczne autorytety, szef NBP pochyla się nad tym pomysłem z życzliwością, trwa odpytywanie OFE, czy byłyby zainteresowane wykupywaniem polskich aktywów. Idea jest piękna, ale jak wszystkie nierealne koncepcje nie ma szans na ziszczenie. Jest zbyt kosztowna, a korzyści z niej płynące – wątpliwe.

Coraz więcej zachodnich banków wykrwawionych przez nieściągalne greckie długi będzie wystawiać na sprzedaż swoje polskie aktywa. Gigantyczne straty pokazał właśnie UniCredit, właściciel Pekao. KBC już domyka sprzedaż Kredyt Banku, portugalski BCP szuka kupca na Millennium, niemiecki Commerzbank ma rozważać pozbycie się BRE. W akwizycyjnej grze jest też Alior Bank.

Proces ten sprawia, że przybywa ekonomistów i bankowców opowiadających się za wyparciem z krajowych instytucji finansowych zachodniego kapitału, który kontroluje je aż w 70 proc. Rozumowanie jest takie: zagraniczne banki, które mają teraz kłopoty, mogą je przenieść na nasz rynek. Przez 20 lat pomogły nam się zmodernizować, ale teraz niech lepiej sobie pójdą! Były wiceminister finansów Stefan Kawalec argumentuje, że „udział banków należących do międzynarodowych grup bankowych jest obecnie zbyt duży, trzeba go zmniejszyć”. W podobnym duchu rekonkwisty wypowiadał się też Mariusz Grendowicz, były szef BRE, a były szef KNF Stanisław Kluza mówił o udomowieniu polskich banków.

Kto miałby odbić nasze banki? Najlepiej OFE, bo mają 220 mld zł aktywów, choć zapomina się, że zarządzają nimi głównie instytucje zagraniczne. Ale jak zmusić zagraniczny kapitał, by swoje spółki córki sprzedał właśnie nam, a nie obcym bankom? Na przykład nadzór miałby się przeciwstawiać kupnie przez inwestorów z krajów o zbyt niskim ratingu. Nie dość, że to konstrukcje ułomne (pachnące niemal Białorusią), to nierealne pod względem finansowym. To, że banki są wystawiane na sprzedaż, nie oznacza, że zakup będzie okazyjny. Zagraniczni potentaci widzą, że nasz sektor bankowy ma świetne perspektywy, a w tym roku może zanotować rekordowe 15 mld zł zysku. Polskie banki to perły w koronie zagranicznych koncernów. Z tego właśnie powodu ceny będą wysokie. Np. KBC zażądał za Kredyt Bank i Wartę 2,5 mld euro, dwa razy więcej niż ich wartość rynkowa.

Dla OFE wcale nie musi więc to być świetny interes, zaś dla PZU, które również typuje się na potencjalnego kupca, taka inwestycja byłaby bezcelowa (nigdzie nie sprawdziły się mariaże banków z ubezpieczycielami). Pozostanie więc, jak w ubiegłym roku, półpaństwowy PKO BP. Tyle że w ubiegłym roku Santander utarł mu nosa, wygrywając batalię o BZ WBK.

Wówczas argumentacja była podobna. Były premier i doradca Donalda Tuska Jan Krzysztof Bielecki przekonywał, że czasy się zmieniły, mamy za dużo kapitału zagranicznego w bankach, a z kryzysu trzeba wyciągać wnioski.

Załóżmy, że jakimś cudem uda się przejąć nasze instytucje. Co jeszcze odbijemy z zagranicznych rąk? Fabryki samochodów? Dla wielu to także strategiczna dziedzina, a w całości w zagranicznych rękach. Fiat ma kłopoty za granicą, zmuśmy go więc do oddania fabryk w Tychach i Bielsku-Białej. I wtedy obniżymy ceny aut.

Jeśli zagraniczni właściciele polskich banków będą je chcieli sprzedać po korzystnych cenach, na pewno znajdą się chętni wśród krajowych firm i biznesmenów. Szybko wyczują w tym interes. Dobrym przykładem jest spolszczenie sieci komórkowej Polkomtelu poprzez wejście Zygmunta Solorza-Żaka i wypchnięcie brytyjskiego Vodafone. Teraz może coś kupi np. Leszek Czarnecki, właściciel Getinu, może Jan Kulczyk. Jak nie teraz, to za rok, za pięć. Wraz z rozwojem Polski i wzmacnianiem się lokalnego kapitału sektor finansowy i tak będzie powoli przechodził w polskie ręce. Jednak 100 proc. raczej nigdy nie osiągniemy.

Zachodnie banki dotknięte przez greckie długi będą wystawiać na sprzedaż nasze aktywa. Już słychać głosy, że trzeba o nie zawalczyć. Tylko po co?

Jednym z argumentów za polonizacją, czy jak kto woli udomawianiem banków, jest to, że w czasie kryzysu w 2009 roku na żądanie zagranicznych instytucji finansowych ich spółki córki ograniczyły akcję kredytową. Jednak, po pierwsze, w takiej sytuacji odbite banki wcale nie musiałyby sypać kredytami. Po drugie, w Polsce nie ziściły się wówczas obawy, że zagranica będzie drenować córki z pieniędzy. Tylko szaleniec zarzyna kurę znoszącą złote jajka.

Na wymienione niebezpieczeństwa jest inne lekarstwo niż kosztowne operacje przejmowania aktywów przez polski kapitał lub państwo. Nadzór finansowy powinien ostrzej sprzeciwiać się próbom marginalizowania banków poprzez cedowanie kompetencji na centralę, jak to miało miejsce np. w Pekao. Niech zwalcza liczne praktyki lokowania fasadowych prezesów i ograniczania ekspansji zagranicznej przez spółki matki. Musimy być pewni, że nie będą w razie potrzeby pożyczać u córek na niski procent pieniędzy, które mogłaby przeznaczyć na kredyty. Ale przede wszystkim trzeba trzymać z daleka polityków. Ich mocno grzeją takie „patriotyczne” pomysły, a kończy się setkami nowych synekur.