Z przyjętego właśnie przez rząd planu budżetu na 2012 rok wynika, że Mazowsze nie dostanie już ulgi i zapłaci gigantyczny podatek na rzecz biedniejszych samorządów – 658 mln zł. To około 40 proc. jego budżetu. Chociaż to i tak lepiej niż w roku 2010, kiedy było to prawie 70 proc. System redystrybucji pieniędzy wśród samorządów to rabunek w białych rękawiczkach. Jest tak skonstruowany, że jeśli przychód przekracza 170 proc. średniej, to wszystko ponad to jest opodatkowane według stawki 98 proc. W efekcie na Mazowszu brakuje pieniędzy na kontrakty dla szpitali, instytucje kulturalne czy drogi wojewódzkie. Sytuacja jest już groteskowa, bo samorząd musi brać kredyty, by zapłacić janosikowe. Dług może być problemem, bo jego wskaźnik do PKB wynosi już 53 proc., czyli zbliża się do dozwolonego progu 60 proc.

To prawda – Warszawa i okolice korzystają z tego, że stolica przyciąga biznes jak magnes, to tu znajdują się siedziby spółek, a przecież 90 proc. dochodów samorządu wojewódzkiego przypada na podatek CIT. Tylko że Mazowsze to nie to samo co Warszawa. To także biedna Ostrołęka, Radom czy Ciechanów. Nie jest normalne, że województwo mazowieckie w 2010 miało przychodu na głowę 450 zł, a po oddaniu janosikowego – 150 zł, najmniej w Polsce. To zaprzeczenie zasady solidaryzmu społecznego, który przyświecał idei tej daniny. To już nie Janosik, a raczej okrutny zbój Madej, który rabuje także biednych, przy okazji torturując.

Aby tę dziwną sytuację zmienić, trzeba woli politycznej. Jednak rząd nie będzie przecież stawał za jednym województwem, ryzykując gniew pozostałych piętnastu, które czerpią z tej chorej sytuacji korzyści. Mazowsze razem z Warszawą to 5 mln mieszkańców kontra 33 mln w reszcie kraju.

Nie chcę krytykować samej filozofii pomagania biednym samorządom, bo część z różnych powodów tego potrzebuje. Podobne rozwiązania, choć nie w aż tak wynaturzonej formie, funkcjonują w wielu krajach np. skandynawskich, gdzie też są krytykowane jako podatek Robin Hooda. Chodzi o to, że nadmiernie obciąża się bogatych – dotyczy to także innych dużych miast (sama Warszawa przekazuje innym gminom miliard złotych rocznie) – a pomoc dla biedniejszych przybiera postać uzależniających zasiłków socjalnych, z których można żyć latami, nie starając się wyrwać z nędzy. Jednocześnie blokuje się rozwój bogatych, którzy są naszymi lokomotywami. Nie uwzględnia się innych kanałów redystrybucji pieniądza; np. co najmniej jedna trzecia mieszkańców największych miast pracuje w nich, korzysta z infrastruktury, ale podatki płaci w miejscu zameldowania.

Oprócz obniżenia obciążeń pomoc dla biedniejszych należałoby upodobnić do funduszy unijnych. Niech biedniejsze samorządy wydają te pieniądze na konkretne cele (infrastrukturę, rozwój), których sensowność podlegałaby ocenie, a nie na utrzymanie urzędników. Trzeba dawać wędkę, a nie rybę.

Polityka ta jest pełna sprzeczności. Z jednej strony mamy rabunek Mazowsza, a z drugiej słyszymy o rozpasaniu gmin, na których terenie znajdują się cenne bogactwa naturalne. To najbogatszy w Polsce Kleszczów z kopalnią i elektrownią Bełchatów czy Lubin i Polkowice (kopalnie miedzi). Tam już nie ma co budować, bo akwaparki, stadiony, domy kultury postawiono, funduje się dzieciom wakacje nad ciepłym morzem.

Najbogatsi nie składają broni. Mazowsze zaskarżyło janosikowe do Trybunału Konstytucyjnego. Z kolei w Sejmie złożono niedawno obywatelski projekt ustawy reformującej je i zmniejszającej obciążenia (o 20 proc.). Czy uda się coś zrobić? Marne na to szanse. Biednych zawsze będzie więcej niż bogatych.