To jeszcze co prawda ponad cztery tygodnie, ale czas w warunkach kampanii wyborczej płynie szybko. Co więcej, mamy do czynienia z wydarzeniem nie tak barwnym jak medialne debaty polityków i nie tak naciąganym jak kolejne ofensywy drożyzny. 9 września kończy się kadencja Stanisława Kluzy, szefa Komisji Nadzoru Finansowego.

Niby wszystko jest w porządku. Premier ogłosił, że ma dobrego kandydata, jednak nie zdradził jego nazwiska. Rynek oczywiście gubi się w domysłach, rozpatrując różne możliwości, ale dopuszczając też, że fotel zachowa dotychczasowy przewodniczący. Korzystne jest również to, że na giełdzie pojawiają się wyłącznie kandydaci z dorobkiem i wiedzą, słowem fachowcy. Nie spotkałem się z opinią, że trzeba szykować się na jakąś polityczną wrzutkę, co najczęściej oznacza namaszczenie kandydata, by tak to ująć, mniej przygotowanego.

Czyli niby wszystko jest w porządku. Tylko że czasy takie nie są. W kraju mamy karuzelę wyborczą, a za nieco ponad miesiąc rozpocznie się proces formowania nowego rządu i być może budowania nowej koalicji politycznej. A na świecie trwa to, co komentatorzy określają jako wielką nerwowość na rynkach i zagrożenie kolejnymi perturbacjami w sektorze bankowym. Mamy widmo ostrego spowolnienia gospodarczego w Europie, co oznacza m.in. trudności w spłacaniu kredytów przez firmy i klientów indywidualnych. Niestety, takie niekorzystne zjawiska i prognozy można by mnożyć.

Może zatem lepszym rozwiązaniem byłoby darowanie sobie pierwiastka niepewności przynajmniej w kwestii obsady na stanowisku szefa KNF. Czy nie może być tak, że szef rządu przedstawia kandydata na przewodniczącego jednej z najważniejszych instytucji w państwie już teraz? Rynek zyska pewność, z kim będzie miał do czynienia, i co ważniejsze – powstałby jasny sygnał, że nadzór finansowy pozostanie pod mocną opieką bez jakiejkolwiek przerwy. A na taką przerwę w tych czasach naprawdę nie można sobie pozwolić.

Tyle że może nas czekać scenariusz znacznie gorszy, przy którym transparentność przekazywania władzy w KNF stałaby się zupełną abstrakcją. Otóż żadnej nominacji nie będzie. Przynajmniej do wyborów. A dotychczasowy przewodniczący niech zostanie p.o. w tych rozgrzanych do czerwoności czasach. Odpowiedniego kandydata ustalimy dopiero po powyborczych politycznych przepychankach, tak żeby zadowolił wszystkie strony nowego rozdania władzy.

Politycy przyzwyczaili nas do różnych odmian horroru. Ale nie wierzę w możliwość spełnienia się tego ostatniego, czarnego scenariusza. Byłby to przejaw co najmniej dużej nieodpowiedzialności. Z gatunku tych, na które teraz zupełnie nie można sobie pozwolić.