Euro tak naprawdę nigdy nie spełniało warunków pełnowymiarowej waluty. Przeciwnie, politycy mieli nadzieję, że brak rygorystycznej polityki fiskalnej, mętne zasady wyceny wiarygodności finansowej pozwolą napędzić rozwój gospodarczy słabiej rozwiniętych państw. Ale podaż taniego pieniądza zamiast napędzać rozwój, napędzała bańki inwestycyjne. Grecja, Portugalia, Hiszpania zamiast się rozwijać, uzależniały się od Azji i traciły przewagę konkurencyjną.

Piętrzące się długi wymagają dziś zdecydowanej interwencji banku centralnego albo drastycznej dewaluacji euro. Najbogatsze państwa z Niemcami na czele nie zgadzają się na żaden z wariantów. Wspólne obligacje obniżą ich wartość kredytową, a dewaluacja pozycję światową. To oczywiście można by odbudować, tworząc jeden organizm państwowy, ale kryzys nie sprzyja politycznej integracji. W związku z tym rządy zadłużają się i płacą miliardy euro tygodniowo, żeby utrzymać euro przy życiu.

Nawet jeżeli koncept monetarny Unii był chybiony, to polityczny wymiar trudno przecenić. Mamy najdłuższy okres w historii bez otwartego konfliktu zbrojnego od czasów wojny francusko-pruskiej w 1870 r. Dalsze odkładanie decyzji w sprawie euro jest nie tylko czekaniem na bankructwo finansów, ale całego kontynentu. I tak jak mówi minister Rostowski, jeżeli euro ma się rozpaść, to przygotujmy jego pogrzeb i póki czas zaproponujmy coś w to miejsce.