Gdy marszałkowi Piłsudskiemu doniesiono w 1929 roku o szalejącym kryzysie, miał krótko zarządzić: „aresztować kryzysa”! To oczywiście anegdota. Niestety charakteru anegdotycznego nie mają liczne zgłaszane z całą powagą pomysły naszych współczesnych polityków. Najnowszą okazją, by się wykazać, był szalony rajd franka, którego wartość z około 3 zł kilka miesięcy temu podskoczyła do 4,12 zł, w ubiegłym tygodniu. To już nie był frank, to był Frankenstein!

A więc zamknąć tego potwora? Niezupełnie. Lider PiS Jarosław Kaczyński najpierw pytał, gdzie jest premier, potem zaś jego eksperci zgłosili nakreślony ad hoc plan. Oto Polacy otrzymaliby możliwość wielokrotnego przewalutowania kredytów we frankach, a ci, którzy zdecydowaliby się pozostać przy szwajcarskiej walucie, korzystaliby z korytarza walutowego ograniczającego wahania kursu o +- 1 zł. Zaczęły pojawiać się nawet głosy, by zamrozić kurs franka na wzór Węgier. Sam już nie wiem, czy większym szokiem były te pomysły, czy sam rajd franka. Niemniej bank centralny w Szwajcarii interweniował, panika opadła i wartość uznawanej za najbezpieczniejszą na świecie waluty osłabła. Mam nadzieję, że za kilka dni, może tygodni, zapomnimy o tym całym zamieszaniu, bo problem sam się rozwiąże. Naturalnie politycy znajdą sobie nowy obiekt zainteresowań.

Albo będą nas zasypywać nowymi pomysłami na drogie paliwa i żywność w stylu dodatku drożyźnianego czy obniżki akcyzy. Według PiS, który wsparł swym autorytetem Waldemar Pawlak, na drogą benzynę skutecznym remedium byłaby trzymiesięczna, bo tylko taką dopuszczają przepisy UE, obniżka tego podatku. Pomysł wydawałoby się świetny, bo czas obowiązywania obniżki objąłby okres wyborów. Niestety, wbrew rachubom PiS, kompletnie nieskuteczny. Rząd SLD obniżył akcyzę przed wyborami w 2005 roku, jednak ceny ledwie drgnęły, bo koncerny paliwowe i dystrybutorzy, podwyższyli marże. Jest jednak szansa, że temat drożyzny również powoli będzie schodził z tapety. Ceny ropy i żywności na światowych giełdach ustabilizowały się, a nawet nieco spadły. Ostatnie dane mówiące o spowolnieniu światowej gospodarki mogą wpłynąć na pogłębienie tego trendu. Znów problem rozwiązałby się sam, podobnie jak w 2008 roku, gdy opozycja oprócz obniżki akcyzy domagała się, by premier spotkał się z szefami koncernów paliwowych i skłonił ich do obniżki marży. Kilka miesięcy później o wszystkim zapomniano, bo bańka spekulacyjna pękła i ceny ropy spadły ze 140 do 30 dol.

Skoro padły nazwiska premiera i wicepremiera, warto wspomnieć ich idee, które nie weszły (na szczęście) w życie. Waldemar Pawlak upierał się przy radykalnym rozwiązaniu problemu opcji walutowych, które przyniosły straty firmom, gdy w końcu 2008 roku kryzys dotarł do Polski. Chciał unieważnienia umów opcyjnych, co wywołałoby bałagan prawny i roszczenia banków wobec Skarbu Państwa. I znów czuwała opatrzność, zanim pomysł przekuto w czyn, banki dogadały się z firmami.

Oczkiem w głowie premiera Tuska w 2009 był z kolei pakiet antykryzysowy. Mocno nagłośniony plan miał pomóc przedsiębiorcom, obciążając budżet różnymi dopłatami i gwarancjami. Ten pomysł akurat zdążył wejść w życie. Jednak warunki pozyskiwania pomocy były tak restrykcyjne, że nikt z tego nie mógł skorzystać. Zanim pakiet zdążono poprawić, kryzys ustąpił, a w budżecie zostało sporo zaoszczędzonego publicznego grosza.