Nie ulega wątpliwości, że źle się dzieje – tyle że nie w państwie duńskim, lecz w państwie socjalnym. Czyli w świecie, który 150 lat temu Fryderyk Bastiat określił jako system, w którym każdy stara się żyć na koszt kogoś innego. Biorąc pod uwagę związek kryzysu z górą już rozdawanego i obiecanego w ustawach socjalu, za lepszą uważam definicję państwa opiekuńczego jako życie z ręką w kieszeni sąsiada (to Ludwig Erhard, ojciec powojennego niemieckiego cudu gospodarczego).

I tłumaczę, że wielki kryzys finansowy to symptom, a nie przyczyna trwającego cały czas kryzysu po obu stronach Atlantyku. Od lat 60. ub. wieku rośnie udział wydatków publicznych PKB. To ważniejszy wskaźnik niż zadłużenie, bo znacznie silniej oddziałuje na skłonność do pracy, zarabiania, oszczędzania i inwestowania. Z dekady na dekadę rośnie ten udział – i jednocześnie słabnie tempo wzrostu gospodarczego.

Wyjścia więc z tego bagna bez głębokich cięć socjalu w bogatych krajach zachodnich nie ma. Pożyczanie pieniędzy na rynkach międzynarodowych, nawet gdyby udało się je pożyczyć (na pewno, jak już wiemy, nie wszystkim), da niewiele. Bo skoro relacja: wydatki publiczne – PKB rośnie, to należy po pewnym czasie oczekiwać dalszych spadków tempa wzrostu gospodarczego. Czyli nie ma szans uciec z zadłużenia przez szybszy wzrost i większe wpływy do budżetu, bo tego szybszego wzrostu nie będzie. Producenci i konsumenci, oczekując, że przyjdzie im za to zapożyczanie zapłacić wyższymi podatkami w przyszłości, na wszelki wypadek ograniczają zakupy. Dynamika gospodarcza spada więc nadal. Wystarczy porównać owe szaleńcze „stymulusy” w USA i gdzie indziej z mizernym wzrostem PKB.

Czyli wrócić trzeba do korzeni kryzysu, czyli owych wydawanych i naobiecywanych przez polityków pieniędzy. Od cięć socjalu w większości krajów się nie ucieknie. Ludzie czasem pytają: dlaczego, skoro to ten festiwal rozdawnictwa czegoś za nic trwa od dziesięcioleci, to szydło z worka wyłazi dopiero w ostatnich kilkunastu kilku latach. O tym innym razem, tak czy inaczej zmiany są nieuchronne.

Tyle na jeden felieton ocen złych. Wystarczy. Teraz już o dobrych. I to o tyle lepszych, że dotyczących również Polski. Otóż uważam, że kraje, które przeszły piekło komunizmu i czyściec transformacji, są znacznie lepiej przygotowane psychicznie na trudne czasy niż zdemoralizowane (i nie ukrywajmy: także ogłupione) socjalem społeczeństwa zachodniej Europy. Kraje udanej transformacji, czyli od Estonii na północnym wschodzie do Słowenii na południowym zachodzie są już konkurencyjne, a jeszcze nie tak potwornie przeciążone socjalem.

W większości tych krajów firmy z zagranicznym kapitałem i firmy krajowe powiązane są konkurencyjnymi firmami zachodnioeuropejskimi, najczęściej niemieckimi. A Niemcy są w dużej części eksporterami dóbr inwestycyjnych i półfabrykatów poza Europę. Oznacza to, iż nasze gospodarki są mniej uzależnione od koniunktury w UE.

Nie znaczy to, oczywiście, że jesteśmy impregnowani na negatywne impulsy ze świata. Znaczy to jednak, że – choć wolniej niż w nie tak dawnych latach wysokiej koniunktury – nasze gospodarki rosnąć będą jednak wyraźnie szybciej niż zachodnioeuropejskie.