Profesor Zygmunt Freud swoimi 20 cygarami dziennie wykańczał najbliższe otoczenie. W tym złośliwego studenta, któremu raz wyrwało się pytanie – a jakie ukryte znaczenie może mieć palenie cygara? Czasem, mój drogi – odpowiedział Freud – palenie cygara może być tylko paleniem cygara. I czasem kryzys strefy euro może być tylko kryzysem. Ale jeżeli dobrze przyjrzymy się wszystkim sygnałom, jak trzymamy to cygaro, w jakich okolicznościach eksponujemy, a w jakich chowamy, to można dopatrzeć się głębszego znaczenia.

To, że żadna z największych partii w Polsce nie przewidziała w swoich planach przyjęcia euro, może być tylko jednym z wielu niechlujstw, jakich pełno w programach wyborczych, a może to jednak ukryta mądrość naszych polityków.

Po wstrząsach giełdowych nie tylko waluty dochodzą do siebie, ale i analitycy. Przyczyn europejskiego tąpnięcia bardziej upatrują teraz w decyzji Europejskiego Banku Centralnego o dodrukowywaniu pieniędzy niż w obniżeniu ratingu Ameryki. Piętnaście bogatych państw strefy euro będzie się składało na złe obligacje czarnej piątki. To przełoży się na kondycję każdego z „państw filantropów”, a z czasem na dobrobyt każdego Europejczyka.

Wspólna waluta, w przeciwieństwie do wspólnej strefy handlu, od początku miała poprawiać samopoczucie elit, a nie życie obywateli. Pół biedy, kiedy koniunktura była dobra. Ale teraz rachunki za portugalskie drogi donikąd, fikcyjne gaje oliwkowe w Grecji, hiszpańskie przywileje obciążają wszystkie państwa niezależnie od tego, jak się gospodarowały. Setki miliardów euro na podtrzymanie projektu, o którym Milton Friedman mówił: „nie ma prawa przetrwać jednego większego deszczu”.

Dopóki Europa nie stanie się jednym finansowym organizmem, z jednym systemem podatkowym, euro skazane jest na wstrząsy. Do tego czasu Polska powinna zawiesić plany wchodzenia do strefy euro. Bezpieczeństwa złotego upatrywać w reformach finansów publicznych, a nie w walucie opartej na czymś tak ulotnym jak dobre chęci innych rządów.