Przyczynkiem do napisania tego felietonu był ostatni bardzo głęboki spadek cen ropy. Za spadkiem tym podążyły również inne surowce. Dużo o tym w ostatnich dniach pisano, skupię się więc na pozostałych wątkach. Przede wszystkim na tym, na ile bańka została przebita, i co to znaczy dla dalszych perspektyw zarówno rynku akcji, jak i surowców. Pytanie, jak wiadomo, nie należy do najłatwiejszych.

Nierównowaga na rynku finansowym jest efektem kilku czynników. Po pierwsze nierównego tempa rozwoju gospodarczego, bardzo szybkiego w krajach azjatyckich, dość szybkiego w innych krajach rozwijających się, powolnego w większości krajów rozwiniętych, oraz ujemnego w krajach tzw. unijnych peryferii. To zróżnicowanie wzrostu ma swoje konsekwencje dla globalnych nierównowag, szybko rozwijające się kraje azjatyckie generują inflację, która jest eksportowana na cały świat, w tym również do krajów wolno rozwijających się. Kraje szybko rozwijające się, w tym przede wszystkim Chiny, są więc zmuszone prowadzić coraz ostrzejszą politykę monetarną zarówno poprzez wzrost stóp procentowych, jak i umacnianie własnej waluty. Podobną politykę stosuje Polska, gdzie mamy do czynienia zarówno z podwyżkami stóp procentowych, jak i interwencjami na rynku walutowym w celu umocnienia złotego. Kolejnym sprawcą nierównowag jest luźna polityka pieniężna prowadzona przez główne banki centralne świata. Co prawda EBC rozpoczął już cykl podwyższania stóp procentowych, ale wciąż są one na rekordowo niskim poziomie i szanse na ich normalizację, jak to określił ostatnio nowy szef Bundesbanku, w najbliższym czasie są znikome. Czekają nas prawdopodobnie jedna lub dwie podwyżki stóp i na tym na razie koniec. Fed co prawda zapowiedział zakończenie drukowania pieniędzy, wciąż jednak nadmiar gotówki krąży w światowej gospodarce i musi być gdzieś inwestowany. Nie bez znaczenia jest też ogromny deficyt budżetowy Ameryki, co również oznacza dodatkowy pieniądz. I na razie, co najmniej do końca tego roku, nic nie zapowiada, aby do jakiegoś poważniejszego zacieśnienia, czy to monetarnego, czy to fiskalnego, miało dojść. Na rok przed wyborami Barack Obama będzie raczej skłonny pobudzać gospodarkę, a nie ją chłodzić. Co prawda to pobudzanie również odbija się czkawką w Ameryce, gdzie wzrost cen benzyny ogranicza możliwości zakupowe Amerykanów. Wiele wskazuje jednak na to, że obecna luźna polityka fiskalna i monetarna będzie kontynuowana.

Nadmiar pieniądza będzie musiał być nadal gdzieś inwestowany. Po ostatniej korekcie na rynku surowców część pieniędzy zostanie zainwestowana na rynek akcji i papierów dłużnych. Perspektywy wzrostu nie są najgorsze, choć bardzo nierównomiernie rozłożone na świecie. Pieniądze będą więc płynęły tam, gdzie perspektywy wzrostu gospodarczego są najwyższe, a ryzyko przegrzania w najbliższym czasie – małe. Tak czy inaczej miejsca te będą kolejnym obszarem tworzenia się bańki spekulacyjnej. Polska jest jednym z krajów, gdzie niezłe perspektywy wzrostu i relatywnie głęboki rynek kapitałowy zachęcają do angażowania większych środków. Stąd też rekordowy ostatnio napływ pieniędzy na rynek akcji i obligacji. Spodziewam się, że trend ten będzie kontynuowany, szczególnie jeśli uwzględnimy zmniejszone ryzyko nagłej dewaluacji. Ogłoszone bowiem niedawno skoordynowane działanie Ministerstwa Finansów i NBP wymiany środków unijnych zmniejsza ryzyko takiego scenariusza.

Mamy bez wątpienia do czynienia z rynkiem byka, ale wątpliwości pozostają. Gdyby jednak nie było wątpliwości, to byłaby to po prostu hossa, która też trwać wiecznie nie może.