Czy Słowacy naprawdę mają dosyć euro? Burzę u naszych południowych sąsiadów wywołał artykuł wiceprzewodniczącego tamtejszego parlamentu Richarda Sulika, który zakwestionował sens unii walutowej. Inni słowaccy oficjele z panią premier Ivetą Radicovą na czele oczywiście odcięli się od swojego kolegi i koalicjanta, ale ich zapewnienia o nieustannym wysiłku w celu wzmocnienia euro zabrzmiały dosyć rytualnie i mało przekonująco.

Po Europie rozniosła się więc wieść o słowackiej dyskusji dotyczącej przyszłości euro w tym kraju. I można się domyślać, że właśnie o to chodziło. Trudno sobie bowiem nawet wyobrazić, jak mogłoby od strony ekonomicznej i prawnej wyglądać porzucanie przez ten kraj wspólnej waluty. Chyba że dojdzie do prawdziwej katastrofy eurostrefy, a co działoby się wtedy, przewidzieć dzisiaj jeszcze trudniej.

Słowacy dali zatem sygnał. Nie pierwszy zresztą, gdyż kilka miesięcy temu odmówili udziału w zrzutce na pomoc dla Grecji, za co zresztą ze strony Brukseli nie spotkały ich żadne konsekwencje. Teraz mówią: wejście do strefy euro kosztowało nas mnóstwo wysiłku, musieliśmy spełnić kryteria z Maastricht, zdyscyplinować finanse publiczne. I co zastaliśmy? Grono państw, które tychże kryteriów nie przestrzegają. Co więcej, kraje takie jak Grecja, które posunęły się – nazwijmy to delikatnie – do tworzenia kreatywnych statystyk. A w dodatku jesteśmy zmuszani do uczestniczenia w mechanizmach pomocowych, które mają ratować bankrutów bogatszych od nas. Żaden interes.

Trudno w tym względzie Słowakom odmówić racji. Trudno też nie zrozumieć słowackich postulatów, które dotyczą karania państw nieprzestrzegających dyscypliny finansowej oraz dopuszczenia w skrajnych wypadkach do bankructwa krajów strefy euro.

Korzystne dla naszych południowych sąsiadów jest to, że ich żądania mniej więcej wpisują się w niemiecko-francuski tok myślenia o przyszłości strefy euro. Niekorzystne – to, że pomysły na kryzys zadłużeniowy mogą się jeszcze parę razy zmienić. A brutalna prawda jest taka, że ostateczne decyzje będą podejmowane w stolicach europejskich mocarstw, dla których głos małych państw z obrzeża eurostrefy niekoniecznie musi być istotny, choćby był całkowicie usprawiedliwiony.