Politycy mają często fantastyczne pomysły gospodarcze, ale równie często rzeczywistość szybko sprowadza ich na ziemię. I bardzo dobrze.

Kiedy w czerwcu Jan Krzysztof Bielecki, główny doradca premiera od gospodarki, zaczął głosić ideę utrzymania udziałów państwa w kluczowych przedsiębiorstwach, w tym zwłaszcza PKO BP, pomyślałem, że świat się kończy. Oto liberał z krwi i kości przekonuje do czegoś, z czym zawsze walczył, dokonuje zwrotu o 180 stopni. Argumentuje, że czasy się zmieniły, mamy za dużo kapitału zagranicznego w bankach, a z kryzysu trzeba wyciągać wnioski. Bielecki tłumaczył, że „nie ma powodu, by państwo pozbywało się swoich udziałów tylko dlatego, że przyjęło zasadę, by sprzedawać wszystko, co się da”. Zamiast tego należy raczej postawić na lepsze wykorzystanie majątku kluczowych firm, usprawnić ich zarządzanie, generować przez to wyższy zysk i dywidendy dla państwa. Zupełnie jakbym słuchał gospodarczych mędrców z PiS.

Właśnie. Posłowie PiS przekonywali wówczas, że to przedwyborcza przebieranka, a po 4 lipca Bielecki wróci do starych poglądów. Chyba wiedzieli, co mówią. W końcu mają spore doświadczenie w przedwyborczych przebierankach.

Jest połowa października i znów słyszymy Jana Krzysztofa Bieleckiego. Tym razem mówi, że możliwa jest sprzedaż wszystkich kontrolowanych przez państwo akcji banku PKO BP (ma ich około połowy). Najpierw, już w przyszłym roku, zeszłoby do 25 proc. w akcjonariacie. Wypowiedź ta przechodzi kilka dni temu ledwo zauważona. Tymczasem kiedy Bielecki ogłaszał w czerwcu rewolucję w spółkach Skarbu Państwa, rozpętała się prawdziwa burza. To był prawdziwy ferment intelektualny. Nową wypowiedź byłego premiera można by uznać za przejęzyczenie. Jednak minister skarbu Aleksander Grad potwierdził właśnie, że państwo może wyjść z kluczowych spółek. To cieszy, bo czas ukrócić patologie związane z obecnością w nich polityków.

Były premier sugeruje, że taka jest wola obecnego premiera. Może więc jest tak, że poglądów po raz kolejny nie zmienił, ale obaj z Donaldem Tuskiem w końcu zdali sobie sprawę, jak wielkie są potrzeby państwa.

Niedawno minister finansów Jacek Rostowski niespodziewanie przyznał, że deficyt finansów publicznych w tym roku przekroczy 100 mld zł. Wiadomo, że jak rząd stoi przed alternatywą: wyższe podatki i cięcia albo sprzedaż połowy akcji PKO BP za z grubsza 30 mld zł, to wybierze to drugie. Ideologia zejdzie na drugi plan. Możemy też spekulować, że pewien wpływ na poglądy i Bieleckiego, i Tuska miała porażka w staraniach PKO BP (pod auspicjami państwa) o zakup akcji BZ WBK od Irlandczyków. Miał to być początek budowy wielkiej krajowej grupy finansowej.

Jak to w życiu, po jakimś czasie wszystko wraca do dawnego porządku, do którego się przyzwyczailiśmy. Jarosław Kaczyński znów jest hardym i krzykliwym liderem opozycji, Palikot znów idzie na całość, a liberałowie znów są trochę liberałami.