Termin „wojna walutowa” ukuli Brazylijczycy kilka tygodni temu i zdążył już zrobić światową karierę. Nic w tym dziwnego. Walka na kursy walutowe staje się realnym zagrożeniem w sytuacji, gdy najłatwiej wyjść z kłopotów gospodarczych po plecach innych, czyli osłabiając swój pieniądz i wzmacniając eksport.

Niestety, światowa gospodarka żegna się z kryzysem bez fanfar, znacznie wolniej, niż zakładano, a ekonomiści nie przestają straszyć tzw. drugim dnem. W tej sytuacji odpowiedzią polityków może być fala działań protekcjonistycznych. Nie można podnosić ceł, bo oznaczało by to pogwałcenie międzynarodowych porozumień w ramach Światowej Organizacji Handlu (WTO). Trudno też zmusić własne firmy, by nie inwestowały za granicą, czego dowiodła awantura sprzed półtora roku między prezydentem Sarkozy’ym a Czechami o zlokalizowane u nich fabryki samochodów (wyjątkiem potwierdzającym regułę jest zabranie nowej Pandy z Tychów). Pozostają więc manipulacje walutą. Robią to przecież od lat Chińczycy, nie przejmując się licznymi protestami. W efekcie spokojnie co roku dopisują do swoich statystyk 10-procentowy wzrost gospodarczy.

Manipulacje walutowe to główny temat weekendowego posiedzenia w Waszyngtonie Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego. To spotkanie bezpłodne, bo gra toczy się o zbyt wielką stawkę, by ktokolwiek miał ustąpić. Szef MFW Dominique Strauss-Kahn może tylko ostrzegać, jak wielkim zagrożeniem dla światowej gospodarki byłyby wojny walutowe, i apelować do ministrów finansów, by zarzucili próby traktowania walut jako broni.

W ostatnich dniach używano jej bez skrupułów. Japończycy po raz pierwszy od sześciu lat obniżyli stopy procentowe do zera. Kilka dni wcześniej amerykański bank centralny zapowiedział walkę z ryzykiem deflacji i dalsze pompowanie pieniądza w gospodarkę.

W obu przypadkach ma to sprzyjać osłabieniu własnej waluty. Z kolei Brazylijczycy obciążyli 4-proc. podatkiem zakupy obligacji skarbowych przez zagranicę, by zablokować wzrost kursu reala. Szwajcarzy, którzy nie mają już wielkiego pola manewru przy stopach procentowych, wyprzedają franka.

Chiny to recydywista. Od dawna na niskim kursie juana oparły swą politykę rozwoju, a nadwyżka eksportu nad importem to ćwierć miliarda dolarów. Dobrze przy tym pilnują swoich interesów. Niedawno premier Chin zapowiedział pomoc dla Grecji i kupno jej obligacji. Po tej uspakajającej deklaracji natychmiast osłabił się dolar traktowany jako bezpieczna przystań na czasy kryzysu. Stracił także powiązany z nim juan. I o to chodziło.

Tylko Europa siedzi cicho, bo i możliwości za wiele nie ma. Bank centralny (EBC) ma dbać o inflację, a nie o kurs euro. A Polska? Słaby kurs złotego pomógł już nam przetrwać najsilniejsze uderzenie kryzysu.

Problem w tym, że w przyszłym roku nasza waluta będzie się umacniać, czy tego chcemy czy nie. Swój kamyczek dorzuci zapewne Rada Polityki Pieniężnej, jej przedstawiciele już palą się do podniesienia stóp.