Konsolidacji na rynku nie da się uniknąć. To oczywiste. Jeden po drugim łączą się banki zagraniczne. Santander przejął AIG, a BNP Paribas odkupił Fortis Bank. Podobnie będzie w Polsce, gdzie najgroźniejszy rywal PKO BP, czyli kontrolowane przez Włochów Pekao SA, z pewnością również odpowie przejęciami.

Tyle że jest to bank prywatny. Natomiast PKO BP niemal w połowie należy do państwa reprezentowanego przez ministra skarbu. Teraz wchłaniałoby rywali – zdrowe, prywatne banki – i powiększało udział w rynku, pozostając takim samym, kontrolowanym przez państwo, niezreformowanym przedsiębiorstwem. Przybywałoby tylko stanowisk do obsadzenia, a szefowie zapewne dalej zmienialiby się jak w kalejdoskopie.

Nie wiadomo, według jakich kryteriów ma się odbywać ta planowana ekspansja, czy według wizji prezesa, czy może ministra skarbu.

Nie przekonują mnie argumenty prezesa PKO BP Zbigniewa Jagiełły, że ma tylko 13 proc. udziałów w całym rynku, więc nie należy się go obawiać. Bo też w złotowych kredytach hipotecznych jest to już 35 proc. Bardzo dużo. A nowy, ale wciąż państwowy PKO BP po przejęciach mógłby mieć jeszcze więcej.

Na takim obrocie sprawy zyskałoby państwo, powiększając swój udział w rynku bankowym. Klienci na pewno nie. Czy o to chodzi Ministerstwu Skarbu? O faktyczną denacjonalizację? Jeśli tak, to może pójdzie za ciosem i zacznie odkupywać fabryczki musztardy i śrubek. Bo uzna, że się opłaca. Albo dostrzeże w nich znaczenie strategiczne.

Takiego wykupywania firm prywatnych przez, będę to powtarzał do znudzenia, państwowy bank można uniknąć tylko pod warunkiem szybkiej jego sprzedaży. Jeśli rząd chce, by zachował polski charakter, proszę bardzo, akcje z przyjemnością kupią TFI, OFE czy inwestorzy prywatni. Może to być i Jan Kulczyk. Państwo może przy tym łatwo zabezpieczyć bank przed wrogim przejęciem, wprowadzając odpowiednie zapisy do statutu na wzór Orlenu. Nie musi mieć połowy czy nawet 25 proc. akcji. Im mniej akcji w rękach państwa, tym lepiej. A najlepiej nic.