Wszystko przez Ministerstwo Skarbu Państwa, które przeznaczyło ją do prywatyzacji, podobnie zresztą jak kilka innych mazowieckich PKS-ów. Z tamtymi poszło łatwo, znalazł się inwestor, ich byt nie jest w żaden sposób zagrożony.

W Gostyninie wszystko ułożyło się inaczej. Załoga inwestora nie chciała, żądała komunalizacji, czyli przejęcia przez samorząd. Wybuchł strajk, głodówka, firma, która PKS chciała przejąć, dała sobie spokój. Spokój dało też sobie MSP, które zgodziło się na komunalizację. Wszystko byłoby pięknie, gdyby starostwu nie wygasł zapał do przejmowania PKS. Powód? Zła sytuacja finansowa firmy, do której trzeba by zdrowo dokładać. Pat trwa, a PKS chyli się ku upadkowi.

Smutne losy PKS Gostynin oczywiście nie mają żadnego wpływu na szeroko zakrojone prywatyzacyjne plany rządu. Sygnalizują jednak w mikroskali problem, z którym – nie ma siły – przyjdzie się resortowi skarbu zderzyć, a o którym podczas liczenia miliardów przyszłych wpływów z prywatyzacji jest jakoś dziwnie cicho. To żądania załóg, związkowców czy rad pracowniczych firm, które mają pójść na sprzedaż.

Problem marginalny? Nie do końca. Parę razy już się w najnowszej historii tego kraju zdarzyło, że wykrzyczane czy wytupane żądania związkowców zdołały zablokować prywatyzację czy sprzedaż kolejnych pakietów akcji i to nie takich maluchów, jak PKS Gostynin, lecz gigantów, takich jak KGHM. Dlaczego w Polsce ciągle działa coś tak absurdalnego jak nierentowne kopalnie? Bo rządzący od lat boją się gniewu związkowców, jeżeli dotkną się do bankrutujących węglowych interesów.

Nie ma co się łudzić, że w dużych firmach przeznaczonych do prywatyzacji związkowcy z pokorą przyjmą czekający ich los. I nie ma większego znaczenia, że żądania związków z reguły są absurdalne, działają na szkodę spółki. Z tym rządzący będą musieli sobie poradzić. W jaki sposób? Tego nie wiemy. Oczywiście najgorszym wyjściem byłby zabieg dosyć szeroko stosowany w ostatnich latach, zwłaszcza w spółkach energetycznych, czyli kilku- a nawet kilkunastoletnie gwarancje zatrudnienia. Pytanie tylko, czy rząd mający z tyłu głowy gigantyczne potrzeby budżetu nie będzie chciał sobie kupić spokoju także od tej strony. A że inwestorzy, czy to branżowi, czy ci z warszawskiej giełdy, będą na takie rozwiązania kręcić nosem i z mniejszym entuzjazmem sięgać do portfela, trudno...

Jednymi z najbardziej mylących inwektyw w ostatnich latach były określenia typu pospieszna czy nieprzemyślana prywatyzacja. Bardzo dobrze, że rząd chce teraz prywatyzować dużo, szybko i sprawnie. Mógłby co prawda więcej zaoferować prywatnym inwestorom, ale to już inna historia. Bardzo jednak jestem ciekaw, jak w tym przyspieszonym procesie poradzi sobie z populistycznymi żądaniami, które po prostu muszą się pojawić. Tego nie wiemy, pytanie, czy wiedzą to sami ministrowie odpowiedzialni za poszczególne branże. No cóż, wypada trzymać kciuki, żeby nie powtórzył się przykład PKS Gostynin, tylko w większej skali.