– Ale którego, Kalisza czy Ochuckiego? – zapytałem.

– Dzikiego kota, głąbie – usłyszałem.

– Jak? Gdzie? Można go głaskać? I ma takie fajne pędzelki na końcówkach uszu? Nie zje nam dzieci? – drążyłem temat.

– Nie zamieszka u nas, tylko w Bieszczadach. My co miesiąc będziemy przelewali na konto WWF 40 zł, a oni za te pieniądze będą dbali o to, żeby tych rysi było więcej i żeby godnie im się żyło – dokładnie wyjaśniła lepsza połowa mnie.

Początkową ekscytację szybko zastąpiło rozczarowanie. Nie drążyłem już tematu. Mruknąłem tylko pod nosem, że to pewnie kasa dla jakiegoś Ryśka, który jest prezesem fundacji, a nie dla rysi... Na co WWF przeznacza te pieniądze? Na zakup puszek whiskasa i rozrzucenie ich zawartości po lasach? Na kocimiętkę? A może na drapaki? Albo obrożę z naszym numerem telefonu, skoro jesteśmy rodziną adopcyjną sierściucha? Mówiąc krótko, czułem że to jakiś przekręt. I nie myliłem się.

Kilka dni temu mój dobry znajomy z portalu Wp.pl przyjrzał się sprawozdaniom fundacji i wyliczył, że w 2016 r. zebrała na ratowanie dzikich kotów 22 mln zł! Wydaje mi się, że za taką kwotę można by wskrzesić tygrysa szablozębnego albo przynajmniej osiedlić w Tatrach spore stado panter śnieżnych sprowadzonych z Wyżyny Tybetańskiej. A wiecie, co zrobiło WWF? Wprowadziło do natury dwa rysie. Serio. Dwa rysie za 22 bańki. A, byłbym zapomniał – jeden z nich zdechł.

WWF prowadzi też akcje foka oraz niedźwiedź. W związku z tym powinniście być przygotowani na to, że już w przyszłe wakacje w Ustce nie znajdziecie wolnego miejsca na plaży, bo będzie się na niej wygrzewało pięć tysięcy osobników gatunku Phoca hispida (plus jest taki, że one nie rozstawiają parawanów i nie zakopują w piasku puszek po piwie). Z kolei wszystkie gminy na Podkarpaciu będą mogły zrezygnować z wywozu nieczystości od mieszkańców, bo absolutnie wszystko – co do ostatniego kęsa – z przydomowych koszy będą wyżerały stada brunatnych miśków wałęsających się nocami po miastach.

A tak serio, to myślę, że WWF powinno wszystkie swoje zwierzęce programy połączyć w jeden – akcję „Zostań łosiem”. I zadedykować ją wszystkim tym, którzy wierzą, że ich 40 zł miesięcznie jest w stanie zapewnić przetrwanie jakiemukolwiek dzikiemu gatunkowi. Wiecie, czego rysie potrzebują do pełni szczęścia? Lasu. Dużo lasu. Resztę zorganizują sobie same – jedzenie, picie, schronienie, nawet uciechy cielesne. Jeśli naprawdę kochacie zwierzęta i chcecie im pomóc, mam dla was radę – lepiej dajcie kasę jakiejś lokalnej, małej fundacji, która prowadzi choćby schronisko. Raz, że będziecie mogli patrzeć jej na ręce, a dwa – spożytkuje ona każdą darowaną złotówkę znacznie lepiej niż molochy, które większość waszych pieniędzy przeznaczają na zakup nowych mercedesów dla członków zarządu.

Skoro poruszyliśmy temat samochodów, to jeździłem ostatnio BMW. BMW nie ma nic wspólnego z WWF, za to z WWII już owszem – dostarczało armii III Rzeszy motocykle i silniki do samolotów. Kiedyś (już długo, długo po wojnie) byłem naprawdę wielkim fanem ich samochodów. Lubiłem sposób, w jaki się prowadzą, i ich sześciocylindrowe rzędowe silniki zachwycające osiągami i kulturą pracy. Niestety, w pewnym momencie Niemcom chyba zaczęło się za bardzo nudzić, bo postanowili, że dla rozrywki wywrócą wszystko do góry kołami. Wzięli 330i i je wykastrowali, ucinając dwa cylindry, a najnowszą piątkę uczynili tak miękką i komfortową, że charakterem przestała przypominać charta wyścigowego, a zaczęła dmuchany materac. Do tego doszedł minivan serii 2 z przednim napędem. Minivan od BMW! Przecież to środek antykoncepcyjny na kołach!

Mówiąc krótko, o ile dawniej od Bawarczyków w standardzie dostawaliście emocje, to obecnie najczęściej jest to zapas uspokajającego lorafenu na cały okres leasingu. Z tych powodów nie podchodziłem zbyt entuzjastycznie do nowego BMW X3. Spodziewałem się kolejnego na rynku SUV-a dla ludzi, którzy lubią, gdy wygodnie się wsiada i dobrze wszystko widać zza kierownicy. Czyli w praktyce tych, którzy nienawidzą motoryzacji. Jak bardzo się myliłem, wiedziałem już zaraz po wyjechaniu z parkingu i lekkim wciśnięciu gazu. Z każdym kolejnym przejechanym kilometrem moja dawna miłość do BMW odradzała się w błyskawicznym tempie. Bardzo precyzyjny, pracujący z wyczuwalnymi oporami układ kierowniczy, który nawet przy wysokich prędkościach wysyła wam jasne, klarowne sygnały na temat tego, w jakim kontakcie z drogą są koła. Sztywne (ale nie niekomfortowe) zawieszenie, pozwalające pokonywać zakręty ze znacznie wyższymi prędkościami, niż sugeruje wam rozsądek. Napęd xDrive przekazujący w standardowych warunkach większość mocy i momentu na tylną oś, dzięki czemu dodając gazu w zakręcie, najpierw możecie poczuć przyjemną nadsterowność, a potem jeszcze przyjemniejsze uderzenie endorfin do mózgu. No i silnik – prawdziwy rzędowy sześciocylindrowiec. Co prawda z turbosprężarkami, ale i tak kręcący się do 7000 obrotów, generujący 360 pełnokrwistych koni i fenomenalnie brzmiący. To bez dwóch zdań najlepszy motor świata w swojej kategorii. I w dodatku sprzężony z najlepszym automatem – ośmiobiegowym Steptronikiem, który wydaje się inteligentniejszy niż wielu znanych mi ludzi.

BMW X3 M40i to jedno z największych motoryzacyjnych zaskoczeń, jakich ostatnio doznałem. Serio. Uwielbiam auta, po których nie spodziewam się niczego szczególnego, a one okazują się świetne. I te strzały z wydechu w trybie dynamicznym! Słyszycie? Strzały z wydechu w rodzinnym SUV-ie! Nie są to jednak ordynarne odgłosy, po których wszyscy zerkają w waszym kierunku co najmniej z takim obrzydzeniem, jakbyście puścili głośnego bąka w kościele. W BMW przywodzi to na myśl raczej płuczącego gardło i odchrząkującego Toma Jonesa. Każdy się obraca, z uznaniem potakuje głową, pokazuje uniesiony do góry kciuk i prosi o powtórkę.

Magazyn DGP 30.03.2018

Magazyn DGP 30.03.2018

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Jeśli chcielibyście uzyskać jakieś praktyczne informacje na temat tego samochodu, to przykro mi bardzo, ale trafiliście pod zły adres. Moi koledzy z pism i serwisów motoryzacyjnych na pewno doniosą wam, że nowe X3 jest większe niż pierwsze X5, ma taki i śmaki bagażnik oraz magiczny przycisk, który – gdy tylko się go naciśnie – sprawia, że szyby w drzwiach się opuszczają i podnoszą. Dla mnie są to rzeczy zupełnie nieistotne. Przymykam oko nawet na tandetne plastiki w niektórych miejscach (żeby kieszeni w drzwiach w aucie za 320 tys. zł nie wyłożyć jakimś miękkim materiałem, to trzeba być już nie tyle sknerą, ile po prostu księgowym). A także na to, że ładowarkę indukcyjną do telefonu zaprojektował gość, który nie ma telefonu. Bo jego ładowarka nie działa – każdy aparat ześlizguje się z niej podczas przyspieszania, hamowania i pokonywana zakrętów. I jeszcze cholernie szerokie słupki środkowe, które pogarszają widoczność.

Żadna z tych wad nie jest jednak w stanie zrazić mnie do tego auta z prostego względu – dla mnie najważniejsze jest to, że wróciło BMW, jakie pamiętam. I na nowo mnie w sobie rozkochało.

WFF odniosło się do wspomnianego w tekście artykułu z wp.pl: "Na stronie Wirtualnej Polski pojawił się artykuł w założeniu podważający wiarygodność Fundacji WWF, jednej z największych organizacji na świecie, zajmujących się ochroną ginących gatunków i dzikiej przyrody. Naszym obowiązkiem, szczególnie wobec sympatyków i darczyńców Fundacji, jest odnieść się do tego materiału, sprostować zawarte w nim nieprawdziwe informacje oraz opowiedzieć o naszych działaniach, dotyczących między innymi ochrony rysia". Całe oświadczenie WWF przeczytasz TUTAJ.