A no w tym, że czasami ważniejsze od „jak szybko” jest „w jaki sposób”. Dziś polska gospodarka rwie do przodu na prywatnej konsumpcji, i to w dużej części zasilanej pieniędzmi z zebranych wcześniej podatków. Nie jest to najlepsze „w jaki sposób”, jakie można sobie wyobrazić. Pierwszy powód: im więcej kupujemy, tym mniej oszczędzamy. Oszczędności krajowych i tak mamy mało, co powinno spędzać sen z powiek ludziom odpowiedzialnym za gospodarkę. Jeśli wychodzimy z  założenia, że nadmierna rola kapitału zagranicznego w gospodarce jest czymś negatywnym, to na oszczędności krajowe powinniśmy chuchać i dmuchać. Weźmy choćby finansowanie deficytu, czyli emisje długu publicznego. Można się zadłużyć do niebotycznych rozmiarów, jak Japonia, i spać spokojnie – ich dług przekracza 200 proc. PKB, ale w ponad 90 proc. ma pokrycie w oszczędnościach krajowych. A można mieć dług na poziomie 55 proc. PKB i mieć z tyłu głowy, że zagranica kontroluje ponad połowę. Jak u nas.

Kolejna sprawa to inwestycje. Skoro wydajemy na zakupy, zamiast oszczędzać, to z  czego te inwestycje miałyby być finansowane? Gdy na początku lat 90. Polska zabiegała o zagraniczny kapitał, który miał wesprzeć gospodarczy rozwój, było to zrozumiałe. Oszczędności praktycznie nie było, terapia szokowa z planu Balcerowicza spowodowała silne zubożenie społeczeństwa (odsetek osób żyjących poniżej minimum socjalnego wzrósł z 15 proc. w 198 9 r . do 40 proc. w 199 4 r .). Ale teraz, gdy ma się na sztandarach patriotyzm gospodarczy, repolonizację, reindustrializację i tym podobne, nie wypada opierać swoich planów budowy gospodarczej potęgi na pieniądzach z zewnątrz.

Tym bardziej że z inwestycjami jest poważny kłopot. Jakoś nie chce ten drugi silnik zaskoczyć i póki co polska gospodarka leci na jednym. Niby stopniowo odbijają inwestycje w samorządach (co można wyczytać w ich sprawozdaniach budżetowych za I kw.), ale już wydatki rządowe, choćby te służące współfinansowaniu projektów unijnych wyglądają blado. W tym roku rząd wydał na to 1, 3 m ld zł, o prawie 0,5 mld zł mniej niż rok temu. A już 201 6 r . był dla inwestycji wyjątkowo zły. Jak jest w firmach prywatnych, można się domyślać, biorąc pod uwagę to, że w I kw. tego roku nakłady brutto na środki trwałe w całej gospodarce znowu spadły, mimo bardzo niskiego punktu odniesienia z roku poprzedniego. Dlaczego przedsiębiorcy wolą „siedzieć na kasie” niż się rozwijać? Hipotez jest kilka. Może i tak są w stanie obsłużyć zamówienia, sięgając do zasobów nadal względnie taniej pracy. Nie trzeba jej jeszcze szczególnie szybko zastępować kapitałem. Rynek pracownika? Tak, ale w oficjalnych statystykach zatrudnienia. Może firmy mają dostęp do tańszych zasobów, których roli w pełni jeszcze nie doceniamy. Może kilkaset tysięcy imigrantów ze Wschodu pracujących w  Polsce ma znaczenie? A może to nie to – tylko kwestia rekordowo wysokich transferów społecznych. Zasypują nierówności dochodowe, jeśli wierzyć oficjalnym statystykom GUS, więc motywacja, by walczyć o wyższe płace, może być mniejsza. Obecny duży wzrost konsumpcji to przecież w dużej części ich zasługa.

Niezależnie od powodów brak inwestycji w gospodarce to zła wiadomość dla naszych płac w przyszłości. Jest taka teoria, że różnica między tym, ile zarabia Niemiec, a ile Polak na tym samym stanowisku i wytwarzając mniej więcej ten sam produkt wynika z tego, że Niemiec ma lepsze narzędzia i  pracuje efektywniej. Nie ma to nic wspólnego z pracowitością obu, po prostu niemiecki pracodawca może być technologicznie o kilka długości przed polskim i jego pracownik w tym samym czasie może wyprodukować więcej. Inwestycje – w odróżnieniu od konsumpcji, która może rozpalić gospodarkę mocnym, ale szybko gasnącym płomieniem – budują fundament pod bogacenie się w przyszłości. Odpowiadający za gospodarkę politycy doskonale to wiedzą. Dlatego umieszczają wzrost inwestycji na pierwszych miejscach w swoich strategiach, choć jak dotąd niewiele z tego wynika.