Niewielkie krajowe złoża ropy naftowej powodują, iż koncerny muszą szukać surowca za granicami - polskie skatalogowane zasoby zaspokoiłyby bowiem jedynie roczne potrzeby naszych rafinerii. Pierwszy krok w stronę pozyskania dostępu do złóż zrobił już Lotos. Plany Orlenu wciąż są mało konkretne.

20 proc. z własnego wydobycia

Lotos obecny jest na Bałtyku i norweskim szelfie kontynentalnym. Złożył też w październiku i listopadzie w sumie dziesięć ofert na nowe koncesje na M. Norweskim i Barentsa. Dysponuje ponadto 20-proc. udziałem w polu Yme. Jak zapewnia Paweł Olechnowicz, prezes Lotosu, produkcja z tego złoża rozpocznie się z końcem przyszłego roku.

- Zakładamy, że w pierwszym roku wydobycie osiągnie poziom 400 tys. ton - mówi Paweł Olechnowicz.

To o 100 tys. t więcej niż w najlepszym okresie na M. Bałtyckim wydobywał Petrobaltic, spółka z grupy kapitałowej koncernu. Docelowo w latach 2010-2012 wydobycie własne Grupy Lotos (GL) sięgnąć ma 1 mln t. W strukturze przerobu spółki to jednak kropla, tym bardziej że GL nie przewiduje w przyszłym roku nowych projektów wydobywczych wymagających zewnętrznego finansowania. Mimo to realizowana strategia ma pozwolić koncernowi do 2015 roku na zwiększenie do 20 proc. udziału własnej ropy w przerobie. Według ekspertów Deloitte to jednak wciąż bardzo mała skala działalności.

Orlen ostrożny

Niewiele w porównaniu z Lotosem w kierunku upstreamu zrobił Orlen. Jacek Krawiec, prezes PKN, nie wyklucza jednak przejmowania spółek wydobywczych.

- Dziś, jak nigdy, jest dobry okres, by inwestować w upstream. Nie chodzi o pozyskiwanie koncesji czy działalność wydobywczą, ale o przejmowanie firm, których wartość w ciągu ostatnich miesięcy spadła nawet o 85 proc. - wyjaśnia Jacek Krawiec.

Jego zdaniem jeśli pojawią się atrakcyjne oferty, koncern będzie inwestować. Zapowiada także, że segmentu upstreamu nie ominie cięcie potencjalnych wydatków inwestycyjnych.

- Do inwestycji w tym segmencie podchodzimy bardzo ostrożnie - zaznacza Jacek Krawiec. Zdaniem fachowców zresztą nie ma powodu do pośpiechu. Bohdan Bartoszewicz z Deloitte uważa, że trudno byłoby polskim koncernom zbudować segment wydobywczy w krótkim terminie.

- Oczywiście dostępne są złoża, koncesje poszukiwawcze. Jednak na rynkach, w których takie inwestycje można uznać za bezpieczne, są one bardzo kosztowne - mówi Bohdan Bartoszewicz.

Liczy się bezpieczeństwo

Tańszych złóż też nie brakuje. Ich zakup wiąże się jednak z ryzykiem związanym z sytuacją polityczną w tych krajach, jak i z ryzykiem geologicznym. Analitycy zaznaczają, że w takim przypadku można liczyć na większe zwroty z inwestycji, można jednak również dużo stracić. Potwierdza to Marek Sokołowski, wiceprezes Lotosu.

- Półtora roku temu badaliśmy obszar byłych południowych republik radzieckich. Najbardziej zainteresowani byliśmy współpracą z Kazachstanem. Stwierdziliśmy jednak, że standardy prawne panujące tam nie spełniają naszych oczekiwań - wyjaśnia Marek Sokołowski.

Lotos odrzucił też koncepcję poszukiwań ropy w Afryce Północnej i Nigerii, ze względu na brak stabilności w regionie.

- Norwegia nie jest ryzykowna. Tam największe źródła są jednak już zajęte. Weszliśmy na pole Yme, gdzie wydobycie nie jest na wysokim poziomie, ale inwestycja jest przynajmniej bezpieczna - dodaje Marek Sokołowski.

Inwestycje w upstream są istotne nie tylko z punktu widzenia budowania wartości koncernów, ale również bezpieczeństwa energetycznego. Obecnie polski rynek naftowy uzależniony jest od dostaw ropy naftowej z Rosji. Z tego kierunku sprowadzono w ubiegłym roku prawie 94 proc. surowca przerabianego w krajowych rafineriach. Ponad 95 proc. ropy, w którą w I półroczu tego roku zaopatrywał się Orlen, pochodziło właśnie z Rosji. W przypadku należącej do koncernu rafinerii w Możejkach jest to prawie 98 proc. Od rosyjskiej ropy uzależniony jest także Lotos. Gdańska rafineria po trzech kwartałach przerobiła 1,577 mln ton ropy naftowej, z czego ponad 87 proc. stanowiła rosyjska ropa Ural. Pozostałe 13 proc. to w głównej mierze ropa z M. Północnego (Volve) i ta wydobywana jest przez Petrobaltic na Bałtyku (Rozewie). Generalnie rodzime wydobycie, domena Petrobaltiku oraz Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa, stanowi zaledwie 2 proc. przerobu polskich rafinerii. W razie problemów z importem ropy starczałoby jedynie na siedem dni rafinacji.