Zgodnie z ostatnim projektem planu przesiedleń i relokacji w polskich szkołach w 2017 r. może dodatkowo pojawić się ponad 1,5 tys. uczniów cudzoziemców, którzy nie będą znać języka polskiego i w efekcie będą mieć trudności z nauką. Problemy są także z dziećmi Polaków wracających do ojczyzny. Część maluchów nie zna języka ojczystego, a pozostałe nie wiadomo, do której klasy je zakwalifikować, co wynika z różnic programowych. To właśnie z myślą o tego typu dzieciach minister edukacji narodowej przygotował projekt rozporządzenia w sprawie kształcenia osób niebędących obywatelami polskimi oraz osób będących nimi, którzy pobierali naukę w szkołach funkcjonujących w systemach oświaty innych państw. Dokument jest w trakcie konsultacji i niestety już wzbudza wiele kontrowersji, zwłaszcza wśród samorządowców.

Otwarci na edukację

Nowe rozporządzenie dotyczące trybu przyjmowania cudzoziemców MEN musi uzgodnić i wydać do końca wakacji. To efekt uchwalenia ustawy z 23 czerwca 2016 r. o zmianie ustawy o systemie oświaty oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. poz. 1010). Projekt, którego przepisy mają zacząć obowiązywać od 1 września br., zakłada rozszerzenie kryteriów, na podstawie których dyrektor szkoły publicznej może zakwalifikować ucznia z zagranicy do odpowiedniej klasy. Obecnie szefowie placówek kierują się wyłącznie dokumentami wydanymi przez szkołę zagraniczną. Jednak zdaniem resortu są one niewystarczające – wynika to nie tylko z różnorodności systemów oświaty, ale też z tego, że w niektórych państwach dzieci idą do podstawówki wcześniej. Na przykład w Wielkiej Brytanii naukę w szkole rozpoczyna się w wieku 5 lat. W efekcie gdy 7-latek trafia do Polski, trzeba go zapisać do trzeciej klasy. Po zmianach przy kwalifikowaniu ucznia szkoła będzie mogła wziąć pod uwagę również jego wiek lub opinię rodziców, bo niewykluczone, że lepszym rozwiązaniem dla malucha będzie zapisanie go do drugiej, a może i nawet pierwszej klasy.

Uczniowie z zagranicy w polskich szkołach

Uczniowie z zagranicy w polskich szkołach

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

– Tego typu zmiany są jak najbardziej zasadne, bo przecież z samych dokumentów nie możemy odczytać, jaki jest poziom emocjonalny dziecka i jego znajomość języka polskiego – mówi prof. Tomasz Malicki, były wieloletni dyrektor szkoły podstawowej i liceum w Krakowie.

I przyznaje, że szkoły muszą już się przygotowywać na ewentualną falę imigrantów po Brexicie.

Więcej pieniędzy

To niejedyne zmiany. Resort chce, by w szkołach powstały oddziały przygotowawcze dla dzieci, które mają problemy z językiem polskim – znają go słabo lub w ogóle nie potrafią się nim posługiwać. Przy czym zakłada się, że uczeń co najmniej po roku nauki w takiej klasie dołączy do polskich rówieśników. Co ciekawe, gmina może taki oddział utworzyć w trakcie roku szkolnego, ale będzie mogło do niego uczęszczać maksymalnie 15 osób. Nie będzie jednak robić tego za darmo – na każdego ucznia ma otrzymać większą subwencję (wzrost wagi o 0,3 – MEN szacuje, że na oddział składający się z piętnastu uczniów gmina poza podstawową kwotą 80 tys. zł otrzyma dodatkowo 144 tys. zł). Tworzenie oddziałów przygotowawczych będzie prawem, a nie obowiązkiem dla gmin.

– Ten przepis będzie martwy, szczególnie w małych gminach. Aby samorządy podjęły ryzyko tworzenia oddziału przygotowawczego, musi do niego uczęszczać co najmniej 10 uczniów – mówi Jerzy Kazimierz Sochacki, wójt gminy Szczawin Kościelny (woj. mazowieckie). – Obecnie koszt utrzymania jednego ucznia wynosi u nas blisko 10 tys. zł, a subwencja z budżetu pokrywa tylko 60 proc. tych wydatków – dodaje.

Podkreśla, że problemem będzie także znalezienie odpowiednich nauczycieli – muszą to być poloniści znający co najmniej język angielski. – A i to czasami nie wystarczy, dziecko np. z Syrii nie musi się nim posługiwać – stwierdza.

Wady specjalnych klas dostrzegają także związki oświatowe. – Problemy z tworzeniem tego typu oddziałów będą także w dużych miastach. Przecież nie powstaną one przy każdej szkole. Niewykluczone, że dziecko będzie musiało dojeżdżać na drugi koniec miasta – ostrzega Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego.

Inne zmiany

Do dostosowania systemu oświaty do migracji przymierzała się już poprzednia ekipa rządowa. W 2015 r. MEN zaapelowało nawet do szefów placówek oświatowych o zgłaszanie problemów, jakie mogą się pojawić w szkołach uczących uchodźców. Przygotowanego projektu rozporządzenia jednak z nimi nie konsultował.

– Także obecne szefostwo resortu ku mojemu zdziwieniu tego nie zrobiło. Mam nadzieję, że to zwykłe przeoczenie urzędnicze, bo przecież tego typu zmiany najbardziej interesują dyrektorów – uważa Marek Pleśniar, dyrektor biura Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty.

Jego zdaniem propozycje resortu są niewystarczające. – Należy zastanowić się nad zwiększeniem liczby wychowawców, pedagogów, psychologów, przede wszystkim w tych szkołach, do których trafią uchodźcy. Dodatkowo powinny nas w tym wspierać kuratoria oświaty. W takich placówkach może przecież dochodzić do przemocy i braku akceptacji ze strony polskich uczniów – dodaje.

Podobnego zdania jest opozycja. – Sama zmiana rozporządzenia nie wystarczy. Kiedy Polska zaczęła rozmowy o ewentualnym przyjmowaniu uchodźców, poprosiłam Marinę Hulię, która od wielu lat zajmuje się dziećmi uchodźców, żeby przygotowała dla nich program. I taki projekt powstał. Niestety nowe kierownictwo zrezygnowało w grudniu z tej współpracy – informuje Joanna Kluzik-Rostkowska, była szefowa MEN.

– Aby dzieci cudzoziemców z sukcesem weszły w polski system szkolny, nie wystarczy tylko praca z nimi. Trzeba wesprzeć nauczycieli, którym potrzebna jest wiedza na temat różnic kulturowych, np. w islamie pies jest zwierzęciem nieczystym i muzułmańskie dzieciaki nie będą chciały akurat tych postaci kolorować. Niby drobiazg, ale dla wzajemnego porozumienia bardzo ważny. Trzeba też pracować ze społecznością lokalną, rodzicami dzieci polskich. Ważne, by budować porozumienie, a nie wrogość – konkluduje Joanna Kluzik-Rostkowska. 

Etap legislacyjny

Projekt w konsultacjach społecznych