Być może tekst opublikowany w wydawanym przez MFW kwartalniku „Finance and Development” to faktycznie przełom (choć przedstawiciele funduszu od dłuższego czasu dalecy byli od ścisłego przestrzegania „konsensusu waszyngtońskiego”, na co zresztą zwraca uwagę Rafał Woś). Dla nas kluczowe powinno być zastanowienie się, co ta zmiana podejścia oznacza w naszym przypadku. Odpowiedź: raczej niewiele.

Autorzy tekstu z MFW skupiają się na dwóch sprawach: kontroli przepływu kapitału oraz polityce budżetowej.

O tej pierwszej od wielu lat formalnie nie ma właściwie mowy. Trudno wyobrazić sobie u nas w normalnych warunkach twarde ograniczenia w przepływie kapitału, skoro jesteśmy członkiem Unii Europejskiej, której jednym z fundamentów jest swoboda tego przepływu. „W normalnych warunkach”, bo trzeba mieć w pamięci, że takie ograniczenia obowiązywały w Grecji w momencie największych problemów tego kraju. I  „twarde” – bo pewne ograniczenia jednak istnieją. Jakie? Wystarczy zapytać chętne do wejścia na nasz rynek rosyjskie banki. Nie ma żadnego. Albo tych, którzy dziś chcieliby wziąć kredyt walutowy. Nie trzeba długo wyjaśniać, że takich kredytów nie ma. Nie dlatego, że banki nie chcą ich dawać. Ograniczenie wprowadził nadzór (wkrótce będzie też w ustawie). Słowem, mamy swobodny przepływ kapitału. Ale jakieś ograniczenia jednak są.

Z kolei jeśli chodzi o politykę fiskalną, to czy kiedykolwiek mieliśmy do czynienia z rygorystycznym przestrzeganiem zasady, że budżet powinien być zrównoważony? Przynajmniej od 2 0 l at stale jesteśmy na minusie. Tylko trzy razy (ostatnio w ubiegłym roku) deficyt finansów publicznych nie przekroczył 3-proc. progu wyznaczanego przez kryterium z Maastricht. W latach 2009–2010 nasz deficyt przekraczał 7 proc. PKB.

Wtedy jednak byliśmy w samym środku kryzysu finansowego, który zachwiał – i chwieje do dziś – strefą euro. Trochę inaczej sprawa powinna wyglądać wtedy, gdy utrzymuje się dobra koniunktura. I tak dochodzimy do obecnej sytuacji. Chociaż wzrost gospodarczy utrzymuje się na przyzwoitym poziomie, na ścieżce obniżania deficytu zdecydowaliśmy się zatrzymać. Rząd obiecuje wprawdzie, że spadki powrócą w kolejnych latach. Musi jednak jeszcze sporo zrobić, żeby ten scenariusz stał się faktem.

Pisząc o słabościach polityki „austerity” (oszczędności) autorzy z MFW mają na myśli nie tyle kraje takie, jak Polska, ale te, które tak naprawdę nie są w stanie funkcjonować pod ciężarem długu. W ich sytuacji zmuszanie do cięć wydatków albo do drakońskich podwyżek podatków po to, by zyskać pieniądze na uregulowanie zagranicznych zobowiązań, jest dla gospodarki takim ciosem, że prowadzi tylko do pogłębienia problemów. Lepiej szukać więc innych rozwiązań: wydłużać terminy spłaty długu czy wręcz częściowo go umorzyć.

Problemem jest oczywiście ocena, kiedy zadłużenie jest na tyle nieduże, że nie stanowi problemu, a w którym momencie jest już nie do udźwignięcia. Eksperci z MFW na to pytanie nie odpowiadają. I dla tych, którzy cieszą się ze „śmierci neoliberalizmu”, jest nie najlepsza wiadomość. W dającej się przewidzieć przyszłości autorem tego typu rozstrzygnięć – podobnie jak w przeszłości – będzie rynek. Choćby dlatego, by zabezpieczyć się efektami jego niedoskonałości, warto deficyt (i zadłużenie) utrzymywać raczej mniejsze niż większe.